WYJĄTKOWY KALENDARZ 2014

INSPIRACJE6 (960x671)
 
Kiedy po nagraniu bajki dla Ikei (jutro premiera na blogu!), fotografka Agnieszka zapytała czy zechciałabym pomóc jej w promocji kalendarza z udziałem zwierzaków ze schroniska, kiwnęłam potakująco głową. Nie wiedziałam jednak, że będę miała przyjemność pokazać Wam coś tak pięknego!
 
W kalendarzu na 2014 rok znajdziecie zdjęcia psiaków przebywających we Wrocławskim Schronisku dla Bezdomnych Zwierząt. Do projektu wybrane zostały psy, które w schronisku przebywają od dłuższego czasu oraz te, których wiek zmniejsza szansę na adopcję. Publikacja ma na celu zwiększenie możliwości na znalezienie właścicieli dla tych (i nie tylko) czworonogów.
 
Szalenie podoba mi się forma kalendarza – wyjątkowe zdjęcia milusińskich psiaków w fantazyjnej oprawie graficznej + zabawne opisy inspirowane ogłoszeniami matrymonialnymi z okresu międzywojennego (koniecznie je przeczytajcie). Pod tym linkiem znajdziecie więcej informacji o akcji oraz wszystkie zdjęcia potrzebujących zwierzaków. Gratuluję organizatorom pomysłu na niestandardową akcję charytatywną!
_________
 INSPIRACJE7 (960x672)
 
Ja mam już swój egzemplarz i mam również 2 sztuki dla Was. Jeśli macie ochotę wygrać kalendarz, w komentarzu pod tą notką opiszcie najdziwniejszą/najzabawniejszą historię związaną z Waszym zwierzakiem/ami. Na Wasze zgłoszenia czekam do poniedziałku 9.12.13 włącznie. Zostawcie także swój adres e-mail, bym w przypadku wygranej, mogła się z Wami skontaktować.
PS Kalendarze w limitowanej ofercie dostępne są na allegro. Dam Wam znać dokładnie gdzie i za ile. Całkowity przychód ze sprzedaży będzie przekazany na podopiecznych fundacji 2 plus 4.
___________
WYNIKI:
Laureatkami konkursu zostają: xkucus@gmail.com oraz manki
  • Anonymous

    Piękna inicjatywa, jesteście z Radomską chyba nielicznymi blogerkami ktore angażują się w tak wiele akcji społecznych. Venila, jesteś super <3

  • I właśnie takie mordki są najpiękniejsze – zadowolone, ze szczerym spojrzeniem, po których widać, że doświadczyły czegoś więcej niż aportowania za nagrodę, a nie jakieś tam boo czy inne z kitką na czubku głowy.

    • Anonymous

      A co jest złego w piesku, który nie posiada bagażu negatywnych doświadczeń? Każdy zwierzak jest kochany i najpiękniejszy. I chyba dużo lepiej, żeby nie miały tych przykrych wspomnień.

    • Anonymous

      Zgadzam się, każdy jest piękny, nie ma lepszych za schroniska i gorszych bo w domu, one wszystkie powinny być tak samo kochane.

  • Niesamowity pomysł i wykonanie! Wielkie gratulacje należą się pomysłodawcom i wykonawcom projektu, a także Tobie za wzięcie udziału w tej pięknej inicjatywie! Szkoda że na stronie nie ma jeszcze informacji, gdzie można ten kalendarz kupić, więc zanim się ona pojawi napiszę o mojej piesie, z którą przyjaźniłam się całe 14 lat :)
    Gdyby nie hasała teraz na wiecznie zielonych łąkach, to dziś obchodziłybyśmy 16. rocznicę przyniesienia Tusi do domu – dokładnie 5. grudnia 1997r. przyniosłam małego kundelka, którego moje kuzynki już dłużej nie chciały, bo pogryzła im dużo rzeczy, a moi Rodzice zgodzili się, bym ją przygarnęła. Tak w naszym domu pojawiła się Tusia (od mojego imienia MarTusia :)). Zabieracie swoje psy na wakacje? My – zawsze! Prawie co roku odwiedzamy moją Ciocię w górach i psy zawsze chodzą na spacery razem z nami. A ile znacie psów które jechały wyciągiem? Ja znam jednego! Moją Tusię, która na kolanach Taty jechała wyciągiem na Szrenicę :) Była bardzo dzielna, siedziała na kolanach i się nie wierciła (choć może to ze strachu?), a najszczęśliwsza była, gdy mogła biegać na swoich nóżkach ;) Przez te wszystkie lata wszędzie z nami chodziła, dwa razy przegryzła podłączony do prądu kabel lampek choinkowych i pogryzła termometr rtęciowy – tyle przygód w życiu takiego małego psa! :)

  • Anonymous

    nie mam dziwnych wspomnień związanych ze swoimi pupilami, mam wesołe i bardzo smutne? pewnie nie można??

  • Ja posiadam szczury! Myszaki codziennie biegają po mieszkaniu i – niedopilnowane – potrafią nieźle nabroić. Podkradają różne rzeczy i znoszą je do swoich kryjówek (np. do schowka w łóżku). Jeden z nich – Wektor – kochał grzebać w doniczkach. Grzebanie łapkami w mokrej ziemii i rozgrzebywanie jej na wszystkie strony jest super! Któregoś dnia postanowiłam wyhodować awokado z pestki. Wsadziłam do doniczki dwie, przysypałam ziemią, podlałam solidnie wodą, wystawiłam na balkon i zajęłam się czymś innym. Jakie było moje zdziwienie, kiedy 10 minut później przyłapałam Wektora z pestką awokado wielkości jego głowy z dumą wędrującego z balkonu do sypialni! Łapy czarne od ziemii niczym kret, ale zdobycz jest! W ostatniej chwili udało mi się uratować pestkę :) Z pestek wyrosły piękne półmetrowe krzaczki awokado. Niestety Wektor już tego nie widzi – nie przeżył operacji w lipcu :( Ale zawsze, jak patrzę na doniczkę z awokado, to przypomina mi się ta historia. Na pewno nadal grzebałby w tej doniczne :)

  • Anonymous

    właśnie wracam z przygody z moim zwierzakiem. Kierownikiem zamieszania jest Benek – taka nasza przechrzta, bo ze schroniska wzięliśmy go jako Lesia. Ale po kilku dniach pierwotne imię zaczęło być za liche na jego temperament i włożyliśmy go w szersze ramy. Ramy Benka. Orkan mu nie straszny, więc wybraliśmy się na spacer. Po drodze wstąpiłam do mojej koleżanki, celem pożyczenia gumy do ćwiczeń (od poniedziałku zaczynam program px90 – co jakby mój pies chyba wyczuł i postanowił zrobić mi trening..ale o tym zaraz) i obejrzenia zdjęcia uzg 4 centymetrowego śpiocha. Po wymianie kilku zdań, postanowiliśmy z Benkiem znowu zmierzyć się z Orkanem. Koleżanka mieszka na piętrze 2 z 10. Nim się obejrzałam, zobaczyłam sam ogon wychodzący na klatkę, a zaraz potem schodami do góry. Bez lenku i obawy – wiedząc że mój pies jest grzeczny i usłuchany – wołam go raz, drugi. Bez skutku. Zawołałam i trzeci. Nieśmiało wyszłam na półpiętro. Nic. Wyszłam piętro wyżej, wołam. Dalej nic. Usłyszałam windę, zaczęłam lekko panikować. zeszłam na sam dół. Oczywiście go nie zastałam. Nie pozostało mi nic innego jak od nowa podjąć próbę zdobycia mojego K2 w postaci pięter dziesięciu. Na szczęście przy 8 usłyszałam piski szczęścia mojego czworonoga. Historia kończy się happyendem, nie mniej – ducha wyzionęłam. Takich historii z moim pieskiem jest bez liku.

    P.s. – kalendarz i sama inicjatywa jest fantastyczna. Winszuję i oby więcej takich!
    kasia.zawal@gmail.com

  • Miałam kiedyś przecudnego psa. Wabił się Ares. Już go niestety ze mną nie ma, ale wspomnienia są nadal żywe…

    Ares był szalenie inteligentnym psem, który dobrze wiedział, że ów atut posiada – często unosił się honorem, stroił fochy itd. Gdy, zawołany, nie miał ochoty do człowieka podejść zwyczajnie go ignorował. Człowiek do niego: „Ares, chodź tu… No chodź… Tututu…”. A Ares na to wymownie odwracał pyszczek w drugą stronę i udawał, że nie słyszy – taki był uparty. Jak się na coś zawziął… To nie było przeproś! Musiał to mieć!

    Pewnego razu, na moje podwórko wszedł obcy kot. Obcy, czyli najpewniej bezpański. Ares…cóż…kotów miłością nigdy nie darzył… Za cel postawił sobie dorwanie biedaka, ale kot głupi nie był i zwiał na drzewo. O to drzewo oparta była deska. Ares, po chwili namysłu i przeanalizowania sytuacji wykminił swoim psim rozumem, że po tej desce najpewniej uda mu się na to drzewo wdrapać. Jak postanowił, tak zrobił! Jedna próba wdrapania się po desce na drzewo, druga próba, trzecia… Jak na złość za każdym razem ześlizgiwał się z deski i lądował na ziemi. Ale Ares to Ares! Ares się do diaska (!) nie poddaje! Siadł sobie i zaczął znów intensywnie myśleć… Najprawdopodobniej zarejestrował w pamięci, że dzień lub dwa wcześniej, moi rodzice chcąc uzbierać troszkę śliwek z tego drzewa, energicznie trzęśli gałęziami, by te spadły. Więc, co zrobił psiak? Taaak, złapał w pysk gałąź i całym swym smukłym ciałem zaczął nią szarpać… Kot, niczym śliwki, z drzewa nie spadł, ale scena była przednia! Do tej pory żałuję, że nie miałam wtedy odpowiedniego sprzętu, by uwiecznić to na filmie. :)

    ksiazkowka@gmail.com

  • Jestem współwłaścicielką maleńkiej suczki popularnej rasy, zwanej potocznie ‚York’. Cysia miała wtedy 3 lata, czyli była w idealnym wieku rozpłodowym. Obie z mamą z doświadczenia wiemy, że raz w życiu każda sunia powinna się oszczenić (nasza poprzednia psinka niestety trochę zwariowała), w związku z tym postanowiłyśmy pomóc jej w zapłodnieniu. Jako, że miała swojego amanta z klatki obok, dogadałyśmy się z jego właścicielką i gdy Cysia dostała cieczki doszło do spotkania. Majki był baardzo chętny, niestety Sisi niezbyt. Gdy po krótkiej grze wstępnej zrobiła się chętniejsza, okazało się że Majki nie wie co i jak (to też był jego pierwszy raz) sytuacja zaczęła robić się komiczna. Próbował w różne miejsca, w ogon, brzuch, nawet głowę.. :( Moja mama wkroczyła do akcji, Złapała faceta za grzbiet, a gdy w końcu mu się udało z rozkoszy USNĄŁ! Przez dobre pół godziny spał w trakcie stosunku seksualnego. a moja mama klęczała przy tej parze i trzymała Majkiego, aby naszej psince nic się nie stało, a ona biedna zaczynała już narzekać na sytuacje. Chyba była trochę obolała. Ale na szczęście zaszła w ciąże i szczęśliwie się oszczeniła, a na miejsce porodu wybrała (a jak, jak zawsze) łóżko w sypialni!
    ewcia_hah@o2.pl

    • Anonymous

      „Obie z mamą z doświadczenia wiemy, że raz w życiu każda sunia powinna się oszczenić”, już za to zdanie powinnaś dostać dożywotni zakaz posiadania psów. ręce opadają, że jeszcze istnieją tacy ludzie…

    • dokładnie, brak słów. chociaż „ciemnogród” pasuje jak ulał.
      i nie nazwałabym sytuacji zabawną ale masakryczną raczej – męczyć psy z powodu własnej głupoty i niewiedzy

    • Ewelina – nie wierzę, że ten komentarz jest na serio… (!)

    • Ja też, po prostu w głowie się nie mieści!
      Historia nie dość, że najdziwniejsza to jeszcze na pewno świadcząca o niesamowitej głupocie właścicielek, cycki mi opadły z samego rana.

    • tacy ludzie powinni sobie wystrugać psa z drewna i trzymać w domu . Żal psinki.

    • nie no porazka :/ serio dziewczyno, kup sobie pluszowego psa

  • Nasz pies jest z adopcji, ponad 4 lata temu jechaliśmy po niego w 2 dzień Świąt Bożego Narodzenia spod Zielonej Góry do Krakowa samochodem pożyczonym od mojego dziadka, który jest tak starej daty, że dla niego psy powinny „być na dworzu” a samochód odpalany jest w niedzielę do kościoła. W obawie przed zostawieniem przez psa sierści na tylnym siedzeniu położyliśmy folię do malowania i koce, z psem dotarliśmy bezpiecznie do domu, oddaliśmy samochód a po około roku czasu, kiedy latem odwiedzaliśmy dziadka, przyznałam się, że samochód był w Krakowie po psa, na co dziadek stwierdził, że to nie możliwe, bo psy nie jeżdżą samochodami :D

    Pozdrawiam polifka@op.pl

  • Anonymous

    Witam bardzo serdecznie.

    Ja mogłabym opowiadać i opowiadać…Posiadam w domu zwierzątka, które „zbieram z ulicy”. Dosłownie.
    Mam 2 koty w domu, które o dziwo zawsze były z nami, Wojtuś i Zuza. W 2010 roku, gdy brałam ślub, jeden z gości przyniósł mi małego kotka, kociczkę do rąk, tak z ulicy…tak jak się domyślacie przespała z nami w pokoju hotelowym noc poślubną, miałczac i robiąc sobie gniazdko z moich włosów…chyba szukała cycusia… ma na imię Ziutka. Następnie, rok po ślubie przygarnęłam wyrzuconą króliczkę. Ma na imię Trusia. Z nią to są cyrki :) śpi ze mną i mężem w jednym łóżku, jak się domyślacie mąż wgnieciony w ścianę, ja na końcu łóżka zwisam a Trululunia na wspak, wszerz, a co się będzie ha ha ha. No i ona nie wypije wody z byle czego. Raz jak byłam u teściowej, zapomniałam jej poidełka, wlałam więc wody do metalowej miseczki, no jak ja mogłam? Wzięła w swój pyszczek i wylała mi całą wodę na dywan i panele, ale mi było wstyd…poprosiłam o porcelanową miseczkę, jak się domyślacie, napiła się Pańcia Trusia <3
    A ostatnio zapragnęłam piesa, tak piesa :) niestety zasady adopcyjne są tak trudne do pokonania, że nikt nie chciał się zgodzić na adopcję, gdyż nie mieszkam w Polsce i nie miałam jak przeprowadzić tych przed adopcyjnych spotkań…aż tu nagle mama dzwoni i mówi „córcia, już nie szukaj, samo przyszło, jak to samo przyszło – odpowiadam, a mama na to – a no ktoś wyrzucił najprawdopodobniej w worku z auta, przygarnęłam, teraz moje koty śpią na szafie, bo tak je goni ha ha ha. Ale tak jak mówię, mogłabym opowiadać i opowiadać.

    Z wyrazami szacunku
    Ewelina

    lady.bzyk@hotmail.com

    • Anonymous

      Ha ha ha królik wymiata. Ja bym posłuchał o nocy poślubnej z kotem ha ha ha

    • Anonymous

      Ha ha ciekawe kto wygra kalendarz. Szkoda, że tylko 2 kalendarze a tak dużo fajnych opowieści… Trzymam kciuki :)

  • Jestem radosną mamusią dwóch psów (albo piesełów, jak to teraz potocznie mów się w internetach). Jeden z nich – suczka, jest już w słusznym wieku 9 lat, za to drugi – ten młodszy, 5 letnie, rozhasane skrzyżowanie owczarka z chyba jamnikiem… Olaboga! O nim można by książki pisać. Oficjalnie na imię ma Arczi, ale tak naprawdę reaguje na najdziwniejsze zawołania, do „worek” począwszy, na „kuchenka” skończywszy. „Kuchenka” to jego ulubiona ksywka, która powstała w wyniku bardzo wyrafinowanego słowotwórstwa. Otóż Arczi-Kuchenka jest niepełnosprawną przybłędą ze schroniska. Niepełnosprawny pies, o czym dowiedzieliśmy się przed dwoma laty, czyli 3 lata po adopcji. Ma padaczkę, która jednak nie przeszkadza mu być najbardziej wykręconym stworzeniem, z jakim miałam kontakt. Arczi jest… specyficzny. Lubi gości. Nie, tak naprawdę to on uwielbia gości. Arczi wyznaje zasadę „gość w dom, Bóg w dom” i każdego nowego przybysza usiłuje za wszelką cenę wycałować. Ma wiele innych śmiesznych cech, jak wpychanie nosa na kolana z niemym żądaniem „drap mnie kobieto” (prawdziwy mężczyzna!), łapanie swojej starszej od siebie koleżanki za głowę (ma 2 razy większy od niej pysk), czy gryzienie mnie w tyłek, kiedy nie chce mi się wstać o 4 rano i wypuścić go na podwórko. Ponadto uwielbiam patrzeć, jak drepta na spacerze, utrzymując tymi swoimi małymi, koślawymi łapkami wielkie ciało owczarka. Jest pokracznie słodki i mimo ponad 5 lat na karku nadal wygląda jak szczeniaczek. Arczi-Kuchenka ma jednak pewien problem. Otóż nie do końca opanował… orientację w terenie. Nie pomaga nawigowanie, zawsze znajdzie się sposób, żeby Kuchenka się o coś potknął albo przewrócił. Pewnego dnia, kiedy usiłowałam wymigać się od zmywania naczyń, wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, jak mój pies majestatycznie biegnie przez podwórko (100m2) i leci, leci, leci…. wpadając na słupek, który jest średnicy mniej więcej ręki 3-letniego dziecka. Wrzask był niesamowity, ale na szczęście żadna krzywda mu się nie stała – co stwierdziliśmy po głębszych oględzinach jego głowy. Nie dalej jak miesiąc później, kiedy staliśmy na moście Arczi postanowił otrzepać się z kropel wody i majtając łbem na boki – uderzył w ramkę mostu. Nie zabolało go zbytnio, bo spojrzał tylko głupkowato i zaczął merdać ogonem, a kolejne 2 miesiące później idąc – potknął się na prostej ulicy. Żeby nie było, żem wyrodna mama – pies jest pod stałą kontrolą weterynarza. Tak więc miliony psów na świecie, a mnie trafił się najbardziej nieogarnięty czworonóg świata, który oprócz wpadania na wszystko – drzwi, mosty, barierki i trzepaki, zajmuje mi łóżko sugerując, że powinnam chyba przespać się na podłodze, obraża się gdy nie chcę mu dać czekolady (i nie rozumie, że czekolada mu szkodzi) oraz… przekrzywia w zdziwieniu głowę patrząc na swój zadek, gdy przydarzy mu się zepsuć powietrze (z wyrazem pyska pytającym „To ja?”). Wiecie co? Nie zamieniłabym tego zwariowanego czubka na żadne inne stworzenie na tej ziemi. Zawsze to sobie przypominam, kiedy wracam z podróży i widzę, jak podskakując faluje swoim proporcjonalnie 2x za długim ciałem na mój widok i od razu próbuje mnie pocałować w nos.

    • Anonymous

      haha, prawie się popłakałam ze śmiechu! niesamowita psinka :D

    • Anonymous

      Miałam i ja napisać o moich czworonogach, ale uważam, że historia Arczi-Kuchenki jest wyśmienita :) Ściskam Cię serdecznie, kobietko o wielkim sercu :)

    • Kalendarz raz, dla koleżanki! :)

    • Hah, dziękuję za pozytywne komentarze. Jeszcze Kuchenka zostanie gwiazdą albo coś :D Grzeje mi właśnie plecy ;)

  • xkucus@gmail.com

    *Nie dodałam maila, byłam tak zaaferowana historią Arczysława :)

  • Anonymous

    Ok, to moja historia.
    Mój pies nie jest źle wychowany, ale ma dosyć ciężki charakter. Gdy któryś z domowników ma nieszczęście mu podpaść wtedy ukochany pupil kradnie skądś jakiś papierek, rozdziera go na małe kawałeczki, mymła w pysku i takie wilgotne od śliny wciera łapami w dywan. I tak pewnego pięknego wiosennego dnia, ktoś podpadł mojemu psu, a ten nie wiem gdzie znalazł saszetę starego radzieckiego barwnika w proszku i rozszarpał ją na dywanie w salonie. Po całej akcji wszystko, łącznie z psem było okurzone niebieskim pyłem. Posprzątanie tego bałaganu nie było specjalnie trudne (odkurzacz wessał wszystko pięknie), ale problem polegał na tym, że pies zwiał zaraz do ogródka, a na nieszczęście tego dnia mżyło. Barwnik od razu wszedł z reakcję z wodą i wżarł się w białą sierść mojego psa. Nijak było to potem domyć, bo kąpałam gościa parę razy, a barwnik zlazł może tylko odrobinkę. Przez najbliższe tygodnie sąsiedzi z zaciekawieniem (i delikatnym rozbawieniem) oglądali się za nami na spacerach.
    Spróbujcie sobie wyobrazić niebieskiego syberiana husky z wrodzonym adhd, chodzącego zygzakiem od jednego krzaczka do drugiego po obu stronach alejki.

    rachelanelkebaum@op.pl

  • Zastanawiam się, którą historię opisać. Będąc właścicielką dwóch psów i stadka szczurów, raczej się nie nudzę. Głównym autorem chaosu w domu nie są jednak gryzonie, a jeden z większych czworonożnych. Wychowaliśmy potwora od małego, ucywilizowaliśmy, zdawałoby się całkiem sprawnie. Mimo to, psiak ma na wiele spraw swoje poglądy. Kiedyś nawet myśleliśmy, żeby uprawiał czynnie psie sporty, zabraliśmy go na trening wstępny. Wyróżniał się wśród borderów, uroczych kundelków w rozmiarze ‚do kolana’ i innych. Dla wielu to bardziej wilk niż pies, dla nas zwyczajnie alternatywnie normalny wilczak. Po kwadransie wiedzieliśmy, że nic z tego nie będzie. Pasowaliśmy tam wszyscy jak świnie do teatru.

    To, że pracował na drobiowe chrząstki przeszło bez echa. Fakt, że niemal wciągnął trenerkę do tunelu, wywołał niejakie zdumienie. Ale gdy dopadł (stanął obok, znaczy się, tyko z entuzjazmem wykazywanym) biednego pinczerka (chyba, małe i wielkości jego pyska góra), zrobiło się groźnie. Właścicielka krzyknęła:
    – O nie, on myśli, że to szczur.
    Moja odpowiedź chyba ją zaniepokoiła:
    – To dobrze, jak pomyśli, on lubi szczury.

    Pani nie mogła uwierzyć, mimo że pinczerek cały i zdrów, a i wilczakowa kita merdała się w sposób radosny.

    W ramach deseru:
    – Pani przywiozła go z dziczy/lasu/gór? – pytają przychodnie.
    – Prawie, z Krakowa – pada odpowiedź.

    PS Lubię Kraków i Baaj faktycznie pochodzi z krakowskiej hodowli.

  • te psy są piękne! i tym bardziej szkoda, że są w schronisku :( a akcja rzeczywiście genialna, mam nadzieję, że będzie skuteczna… :)

  • Ja,mam króliczkę Happy się zwie.. Kupiłam ją 27.07.2012r. dokładnie tydzień po pogrzebie ukochanego Dziadka.. Nie tam, że miała mi Go zastąpić, ale żebym opiekując się królikiem zapomniała trochę o tym przykrym wydarzeniu.. Happy jest jak prawdziwa dama, ma takie wielkie puchate wole, a kiedy siedzi na tylnich łapkach z dumnie wyciągniętą szyją wygląda niczym posąg.. Hepcia, jak to na kobietę przystało miewa swoje humorki.. Zwykle biega po kuchni i kiedy chodzą tam same kobiety wszystko jest ok, ale tylko gdy wkroczy mój Tata Happy zaczyna biegać mu pomiędzy nogami, a następnie Go capnie zawsze sobie pomrukując. Rano, jak jem śniadanie Hepcia oczywiście pierw także domaga się jedzenia, a potem usiłuję wdrapać mi się na kolana.. Najśmieszniejsza jej reakcja jest na dźwięk rozłupywanych orzechów..Happy zachowuje się tak, jakby chciała co najmniej przegryźć klatkę, bierze szczeble w zęby i szarpie byle tylko szybciej dostać ukochanego laskowego orzecha.. Mówi się, że króliki to bałaganiarze, a Hepcia wręcz przeciwnie wszystkie zabawki, które ma trzyma w domku..od czasu do czasu wszystko wywala i układa na nowo.. Śmieszna z niej króliczka :)

  • Anonymous

    to i ja cos opisze.przygód z moimi psami miałam mnóstwo ale opisze Wam akcje z obcym psem ku przestrodze.
    Kolezanka mojej mamy budowała dom. jeszcze tam nie mieszkali ale mieli piekne dwa owczarki (suki)do pilnowania.no i pech chciał ze nie domkneli bramki.(albo ktos je wypuscił) w kazdym razie przepadły.Błagała nas ta kolezanka ze jakbym zobaczyła koło ogrodzenia psy to zebym je złapała nie gryza itd. a ten dom był na mojej trasie do szkoły.
    No i na drugi dzien rzeczywiscie spotkałam tam owczarka który sie krecił przy ogrodzeniu.jako ze o komórkach wówczas sie nie sniło nawet nikomu postanowiłam odprowadzic tego psa do swojego domu. no ale jak? za ogon? dumna ze swojego intelektu zrobiłam smycz ze swojego szalika.he he nie wiem czy pamietacie takie szaliki pseudo pumy jakie były w tamtych czasach.
    pies poczatkowo lekko zgłupiał zmierzył mnie wzrokiem bardzo dokładnie i poszlismy. mały kurdupel wzrostu a tak ze 130 (lat 12 :-D ) i ogromny owczarek prowadzony na wsciekle rózowym szaliku….przechodnie schodzili na jezdnie zeby nas przepuscic…normalnie rozstepowali sie jak morze martwe….
    i tak idziemy i bylismy juz blisko jak mnie sie przypomniało ze to miała byc suka.młoda suka. schyliłam sie a tam dyndaja duze jaja!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! i pysk siwy nawet bardzo:-(((
    tak sie ucieszyłam ze zobaczyłam psa tam koło ogrodzenia ze te istotne fakty po prostu mi uciekły….ilosciowo prawie sie zgadzało….
    zesztywniałam i pies to wyczuł ale dzielnie doprowadziłam go do domu gdzie po krótkiej naradzie pies trafił do sasiada.
    jakby moje dziecko przyszło do domu z ogromnym psem to ja bym padła na zawał.
    m.

  • Miałam kiedyś cudownego psa, który był mądry i kochany, ale trochę łajzowaty. Stąd też jej imię – Gapa :) Gapa była spokojnym psem – o ile ktoś jej towarzyszył. Jednak kiedy zostawała sama, szczególnie w nowym miejscu, trochę panikowała. No ok, bardzo. Wyła w niebogłosy, drapała fotele, kanapy, ścianę, zdarzało się też rozgryźć jakiegoś kapcia czy co tam akurat się znalazło „w zasięgu łapy” ;) Zawsze kiedy to wspominam, przychodzi mi na myśl takie zdjęcie krążące w Internecie, z psem, który lekko zdemolował mieszkanie, podpisane „I thought you were never ever coming home again…So I panicked” (http://d2tq98mqfjyz2l.cloudfront.net/image_cache/1355531577495977.jpg). No to właśnie było coś w tym stylu.
    Pewnego roku pojechaliśmy na wakacje nad morze, do Ustki. Z psem oczywiście. Mieszkaliśmy w takim ośrodku, gdzie były piętrowe drewniane domki. Był to pierwszy dzień naszych wakacji, zajechaliśmy, rozpakowaliśmy się i był już wieczór więc poszliśmy na kolację na stołówkę na terenie ośrodka. Psa zostawiliśmy w domku, no przecież za pół godziny wrócimy. Siedzimy przy stole i wcinamy kolację, a tu nagle siostra mojej mamy mówi: „Ej, zobaczcie, Gapa tam biegnie!”. Na co moja mama, niczym mistrz ciętej riposty: „Taa, sra a nie biegnie”. Hohoho wszyscy się pośmiali i koniec tematu. Ale po chwili to moja mama się odezwała: „Jezu, widziałam Gapę, naprawdę tam biegła!”. Magda, jej siostra, oczywiście nie mogła oszczędzić sobie pełnego satysfakcji: „A nie mówiłam?”. Mama zerwała się z krzesła i ruszyła w pogoń za psem, który wyglądał na dość zdezorientowanego. My też pobiegliśmy za nią, no bo coś dzieje, to co tak będziemy siedzieć. Po dobrych 10 minutach biegania między domkami i zaparkowanymi samochodami udało się ją złapać i uspokoić. Przyglądamy jej się, a tu zdarta broda i łapa, trochę dziwne…Właściwie, to jak ona się wydostała z tego domku? No nie wiemy, przecież drzwi i okna były zamknięte. No ale nic, pewnie się dowiemy jak wrócimy na miejsce. Idziemy do domu, a przed naszymi drzwiami stoi taki starszy pan i wyraźnie sygnalizuje, że chce nam coś powiedzieć. Podeszliśmy bliżej a pan wymachując rękoma, tonem dość podekscytowanym i przejętym jednocześnie, mówi: „Pani, Pani, widziałem jak skacze! Widziałem na własne oczy!” Jak to skacze? Skąd skacze? „Pani, ona z tego małego okienka skakała, myślałem, że se łapy połamie”. Patrzymy w górę, a tam faktycznie okienko. Nawet nie zwróciliśmy na nie wcześniej uwagi. To było takie maleńkie okno na poddaszu, takie, że tylko głowa się tam mieści. I widocznie zostawiliśmy je uchylone. No ale kto by pomyślał, że nasz kochany pies wpadnie na tak szalony pomysł? Starszy Pan dodał jeszcze tylko: „A jaka odważna!”. Nie wiem czy to odwaga czy akt desperacji, ale wiem tylko, że nasza Gapcia była tak kochana i tak bardzo chciała być zawsze z nami, dlatego do końca wakacji już jej nigdy nie zostawialiśmy samej. :)

    Pozdrawiam serdecznie
    Sara

    sara.rolicz@gmail.com

  • Mój pies rasy Amstaf, bawi się Cezar, jest to zbudowany, duży pies. Pewnego dnia Cezar poszedł przespacerować się wieczorem po ogrodzie, po jakiś 15 minutach zauważyłam, że światło z czujnikiem na dotyk przy bramce, cały czas się włącza lub wyłącza, po kilku minutach stania przy oknie, zobaczyłam, że nasz mały psotnik, podchodzi do bramki przy czym światło zapala się, i odskakuje by się zgasiło. I tak przez 30 minut. Psy potrafią znaleźć zabawkę w każdym przedmiocie jak np. lampa czuła na dotyk. :D
    pozdrawiam brzezinek13@wp.pl

  • Mój pies Cezar, pewnego wieczoru poszedł przespacerować się po ogrodzie, po pewnym czasie zauważyłam przez okno, że światło z czujnikiem na dotyk przy bramce, cały czas zapala się i gaśnie. Obserwując przez okno małego psotnika, zobaczyłam, że podchodzi do światła by zapaliło się, i odskakuje by zgasło. Psy potrafią znaleźć zabawkę w nawet codziennych rzeczach naszego użytku. :D
    pozdrawiam brzezinek13@wp.pl

  • Jakiś czas temu przygarnęliśmy do domu psa. Jego właścicielka wyjeżdżała za granice na stałe a on został na pastwę losu, więc wspólnie stwierdziliśmy, że 3 pies obok 4 kotów to żaden problem. Nowym członkiem naszej rodzinki został Bobik. Wyglądem przypomina pół psa, pół nietoperza na małych nóżkach. Wyposażony w tak przeogromne uszy, budzi zainteresowanie przechodniów, z czego jest bardzo zadowolony, paradując wzdłuż ogrodzenia jak modelka Victoria Secret. Pierwsze tygodnie były ciężkie. Bobik szukał swojej dotychczasowej pani, uciekał nam i wielokrotnie gubił się.Proces, że tak nazwę socjalizacji trwał dość długo.Piesek tak kochał swoją poprzednią panią, że długo zajmowało nam zdobycie jego zaufania i serduszka (to zaprocentowało, gdyż ów piesek to najukochańszy oswojony nietoperzo-pies na całej ziemi). Ten miniaturowy kundelek o uszach owczarka niemieckiego to „oczko” mojego taty. Gdyby coś stało się temu stworzeniu w domu zaczęłoby się piekło i pewnej sierpniowej nocy w nozdrzach już czułam zapach siarki. Po kolei.Pewnej pięknej, sierpniowej nocy podjęłam decyzje by poczytać książki. Gdy zaczynałam czytać było już po północy.Proces czytania przebiegał wyjątkowo sprawnie, gdy nagle usłyszałam ciche skrobanie do drzwi. Zaciekawiona odgłosem otworzyłam drzwi i do mego pokoju wkroczył dość niespokojny Bobik. Sposób w jaki się zachowywał wskazywał jednoznacznie, że musiał niezwłocznie wyjść na dwór. Mimo usilnego przekonywania mnie przez tatę, że pies już nie ucieka i słucha się, we mnie nadal rodziły się wątpliwości. Coraz głośniejsze pojękiwania Bobika połączone z obwąchiwaniem mojego dywanu wypranego 3 dni wcześniej spowodowały, że w mojej głowie dudniło słowo „EWAKUACJA”.Nie myśląc długo wzięłam ‚siewcę chaosu” w ręce, wybiegłam na dwór. Satynowa pidżama w którą byłam odziana o 3 w nocy nie spełnia funkcji ochronnej przed zimnem- uwierzcie. Niestrudzona jednak czekałam aż Bobik ukończy swe dzieło by zabrać go grzecznie do domu. Gdy już podchodził do mnie a w mojej głowie słyszałam fanfary zwycięstwa, ten poczuł coś co spowodowało, że odwrócił łebek i pobiegł z taką prędkością jak gepard w czerń. ZNIKNĄŁ. Wołałam go przez jakiś czas ale to nie przyniosło żadnego rezultatu.Poza tym wydzieranie się o 3 w nocy przed domem nie było najlepsze w obliczu przewrażliwionych sąsiadów. Nie myśląc długo, pchana wizją gniewu mojego taty i piekłem na ziemi jakie by mi zgotował, pobiegłam za nim. Widziałam go przed oczyma, a ten widząc mnie biegł dalej jakby mnie prowadził. Wołałam ale ten nie słuchał. Dobrze po 3 w nocy odziana w piżamke z cieniutkiego materiału i japonki w hawajskie palemki przemierzyłam ponad kilometr drogi. Na nieszczęście w okolicy znajomi moich rodziców mieli małą ‚posiadówkę’ (grill te sprawy) i mój piesek pobiegł własnie tam. Jak się okazało mój Bobik to od najmłodszych lat to romantyk o pseudonimie operacyjnym „Alvaro”, któremu nie jest obojętny los żadnej samotnej suczki w okolicy. Wyobraźcie sobie wyrazy twarzy znajomych moich rodziców (przeciętna wieku +50) gdy im oczom ukazała się młoda dziewczyna odziana w coś co można nazwać kawałkiem materiału, wołająca „Bobika”. Konsternacja to najlepsze słowo, które to opisuje. Na szczęście gdy mnie zauważył podbiegł triumfalnie do mnie, jakby chciał oznajmić „A widzisz, nic i się nie stało, sam pobiegłem nocą przez pół okolicy i jestem cały”. Zgarnęłam go w ręce, przeprosiłam ładnie biesiadników i w te pędy udałam się do domu z twarzą czerwoną jak dojrzała czereśnia. Byłam nieco zła ale gdy popatrzyłam na mordę mojego Alvaro zaczęłam się śmiać, warto było :D Na następny dzień chodziły słuchy o postaci w jasnym odzieniu biegającym po ulicy. Nie jedna osoba widziała tę zjawę. Cóż. Stworzyłam wakacyjną opowieść dla ludzi w okolicy i poznałam walory joggingu o 3 w nocy w piżamie. Polecam! Tylko zamiast japonek polecam bardziej stabilne buty! ;)
    Pozdrawiam Kaśka- kate@tabasko@interia.eu

  • Fantastyczna akcja, koniecznie musze kupic ten kalendarz, jak tylko bedzie w sprzedazy.
    Moglabym w sumie napisac wielka ksiege, wspólnie z Jaroslawem, pod tytulem „Psy naszego zycia”. Masa cudnych historii. Ale teraz bedzie o Radarze. Radku, Radoslawie, Bubu, Nasku, od 14 lat sloncu naszej rodziny. Pies to juz niemlody, ze sluchem wybiórczym i wzrokiem juz nie tym, za to wciaz ze szczeniecym podejsciem do zycia. Tzn. obszczekac nalezy wszystko, co sie rusza, z naciskiem na znienawidzone osoby w postaci np. sasiada. Poniewaz Rad wzrok ma juz nie ten, potrafi wparowac do pokoju, obwachac wszystkich, stwierdzic kto jest swój, zatrzymac sie przy Dawidzie (chlopaki sasiadów maja w moim rodzinnym domu swój drugi dom:)) i po chwili namyslu odszczekac z calej mocy swej wredoty niegoscinne powitanie. Radkowa wredota jest glównym motywem wiekszosci historii z jego zycia. Ta, która opowiedziana byla najwiecej razy (rozniesiona na cala Polske) i jest dla mnie nieco wstydliwa, wydarzyla sie jakies 10 lat temu. Pies spal sobie smacznie, gdy postanowilam go poglaskac. glupi to byl pomysl, nie budzi sie spiacego psa. Lajza wybudzona i najwyrazniej przestraszona tym wybudzeniem uzarla mnie w reke tak straszliwie, ze slady tej jatki nosze w postaci blizny do dzis. I co zrobila Ada? Kazala psu isc pod stól i wszystko sobie przemyslec:) (to ta wstydliwa czesc historii, z której wszyscy szydza). Troche przemyslal, trzeba mu przyznac.
    Radar slynie poza tym z licznym prób gwaltu na kotach, ze sprytnej ucieczki, kiedy to w nocy szukalysmy go z mama po calej ulicy, zalamujac dlonie, by odnalezc go w koncu w budzie psa sasiada, no i przede wszystkim ze swojej absolutnej dominacji bedacej dowodem na to, ze nie za dobrze go wychowalismy (czuje sie nizej w hierarchii tylko w stosunku do mojej mamy, która kocha nad zycie, nawet nad czekolade, której nie dostaje oczywiscie, a dalby sie za nia pokroic). No i ta jego absolutna dominacja i zazdrosc przede wszystkim o inne zwierzeta (wystarczy wypowiedziec slowo kot, a Rad podejdzie i zacznie domagac sie pieszczot, nie wspominajac juz sytuacji, gdy kot jest pieszczony – to zniewaga) sprawila, ze dwa lata temu nie moglismy na stale przygarnac psa przybledy, Budrysa. Budrysowi udalo sie znalezc nowy dom, ale mój brat wciaz za nim teskni, mimo ze pies byl u nas tylko na tymczasie, to jednak byla przyjazn. No to jeszcze historie Budrysa opowiem, bo jest genialna.

  • Napisałam za długi komentarz i blogger zakrzyczał. Toi teraz druga część: Psie przyblakalo sie w okolicach Sylwestra. Duzy czarny kundel. Prawdopodobnie wystraszyl sie wystrzalów, a moze jakis zly czlowiek go wyrzucil. Zamieszkal najpierw u sasiadów, jednak tamtejsze psy nie za bardzo sie z nim dogadywaly i Pies z dnia na dzien coraz bardziej zblizal sie do naszego ogrodu. W koncu przeprowadzil sie do niego na stale. Dostal prawa mieszkanca domu tymczasowego (rozpoczely sie usilnie próby znalezienia nowego wlasciciela dla lajzy, po tym jak zawiodly próby odnalezienia prawidlowych wlascicieli) miche z bebna starej pralki i przemieszkal tam cala zime, wiosne i lato (do domu nie mógl, bo Radar nie pozwalal, gdy raz Budrys wlazl na Radarowe podwórze, ten dwa razy mniejszy psiur pokasal go po kostkach:)), bardzo zaprzyjazniajac sie z moim bratem. Do pracy za nim biegal. Czekal tam na niego caly dzien, po czym wracal biegnac za rowerem. Bylo to troche klopotliwe, mógl w koncu wpasc pod jakies auto, wiec brat pewnego dnia zakupil 6 metrów lancucha i na czas swojego wyjazdu przywiazal Psa do drzewa w ogrodzie. Mama miala po 15 minutach go uwolnic, ale gdy tylko weszla do ogrodu, zauwazyla, ze pies zwial. razem z lancuchem. 6-metrowym. Wsciekla bylam, ze tak psa oszukac próbowali, ze sie obrazil i uciekl. Rozpoczely sie poszukiwania, ogloszenia w internecie, w koncu wielkie zalamanie, ze pies sie juz nie odnajdzie. Odnalazl sie po 8 dniach. Przybiegl wesoly, wykarmiony, merdajac ogonem jakby nigdy nic (domysl: na 8 dni stal sie znajda kogos innego), lancuch oczywiscie zdjal, co to dla niego. Nawet Radar sie w sumie sie ucieszyl, bo znów mial na kogo wrzeszczec przez plot ogrodu. Niecaly miesiac pózniej udalo sie jednak dla Budrysa znalezc nowy dom. Zakochal sie w nim znajomy z pracy brata. I tak pojechal Budrys do nowego domu ciezarówka na przednim siedzeniu. Taki wlóczykij.

    • Anonymous

      Kiedy nadszedł dzień 14 lutego chciałam spędzić go w domu, bo byłam samotna. Siedziałam w fotelu i wpatrywałam się w akwarium, w którym pływała rybka. Wydawała się być samotna tak samo jak ja. Wpadłam na pomysł, że dokupię jej samca lub dwa :) Ubrałam się i poszłam do sklepu zoologicznego. Gdy weszłam do sklepu przywitał mnie starszy pan z brodą. Nie myśląc za dużo powiedziałam „Dzień dobry, szukam samca do pary.” Zabrzmiało to dwuznacznie i roześmialiśmy się oboje. Od razu poprawił mi się humor i poszłam szukać rybek po akwariach. Gdy odszukałam odpowiedni gatunek obserwowałam pływające rybki, które w grupie wydawały się być szczęśliwe. Nagle moją uwagę odwróciło ruszające się tylne tło, które po chwili zostało odsłonięte na bok a moim oczom ujawiła się twarz młodego mężczyzny który właśnie wsypywał karmę rybkom. Nasz wzrok spotkał się i patrzyliśmy sobie głęboko w oczy dłuższą chwilę. Uśmiechną się tajemniczo i po chwili był obok mnie. Pomagał mi w doborze ryb ale był dość nieśmiały. Zabrał się za pakowanie ryb a ja udałam się do kasy. Zapłaciłam panu z brodą po czym młody przyniósł rybki i uśmiechną się zalotnie. Całą drogę do domu myślałam tylko o nim ale bałam się że już go więcej nie zobaczę. Po powrocie do domu zabrałam się za wpuszczanie rybek. Po wyciągnięciu opakowania z siatki dostrzegłam na nim imię Artur i nr telefonu. Wysłałam mu uśmiechnięty emotikon i swoje imię. Umówiliśmy się jeszcze tego samego dnia i jesteśmy szczęśliwą parą do dziś..
      Pozdrawiam
      patrycjakotecka@wp.pl

  • Udział biorą: suka Matylda, córka wilczycy i wodołaza, o ksywce Dredziara, Fora – córka Matyldy, rownież dredowata, Lajza – rzeczona wilczyca, matka Matyldy. Do tego koza czarnej maści, Izaura, która będzie chyba tu odgrywać pierwszą rolę. Wszystkie cztery dziewczyny żyjące w zgodnej symbiozie. Suki akceptują kozę, i pozwalają jej nawet jeść ze swojej miski. Także nie mają nic na przeciwko wspólnemu cwałowaniu po wsi.Na porządku dziennym były takie scenki. Przodem biegnie Lajza, za nią dwie dredowate, a na końcu pobekując, i gubiąc z wrażenia bobki, Izaurunia :-) W czasie trwania cieczki którejkolwiek z suk, orszak się wydłużał, bo dołączali kawalerowie z mojej i sasiednich wsi. To już nie było śmieszne, bo robiło się niebezpiecznie. Jednak Izaura wzbudzała póki co w obcych psach respekt, i mogla bezkarnie podążać za tym korowodem.
    ——————————————————————————————
    Scenka druga. Jadę w trybie nagłym do szkoły moich córek. W pośpiechu nie zamykam bramy, przez którą oczywiście wybiegają suki i koza. Wszystkie dzielnie nadążają za tumanem kurzu, który wznieca moja skoda. Kiedy parkuję przy bramie szkoły, suki układają się z jęzorami na wierzchu wokół samochodu, a koza wdzięcznie wskakuje na maskę skody, a potem na dach, i stamtąd czuwa nad bezpieczeństwem towarzyszek i auta :-D ewa.lambo@gazeta.pl

  • Mój pierwszy w życiu pies z wyboru, erdel, zawodzi mnie w ważnej dla mnie kwestii. Mianowicie, bez entuzjazmu oddaje się podróżom. Próbuję to przełamać, uparcie zabierając go na wycieczki samochodowe. A on równie konsekwentnie prezentuje w czasie jazd pełen komplet objawów choroby lokomocyjnej. Gdzieś znajduję poradę, która do mnie trafia. Dowiaduję się z niej, że ograniczenie dostępnej przestrzeni zwiększa u psa poczucie bezpieczeństwa. I że zaleca się przewożenie bojaźliwych osobników w kontenerkach, boksach. No, coż. Postanawiam sprawdzić. Jednak nie będę przecież zaczynać od niemałego wydatku. Postanawiam sama zmajstrować jakiś ograniczacz przestrzeni. Najlepszym, gabarytowo przynajmniej wydaje mi się solidny karton po dużym monitorze. (nie po płaskim :-) to dawne czasy). Stawiam ten sześcian na tylnym siedzeniu, zaprasam Bunia do środka, i starannie zamykam. Na górnej powierzchni wycinam zgrabny, okrągły otwór, w sam raz na głowę. Jestem bardzo zadowolona ze swojego wynalazku. Bo tak: karton jest na tyle duży, że pies może się w nim zwinąć w kłębek, i udawać że go nie ma, ale może też przyjąć pozycję siedzącą, i wtedy cały łeb ma na wierzchu. Jakby mu się przesuwające krajobrazy nie podobały, to może się wycofać, niczym żółw do skorupy. Wynalazek się sprawdza, kłopoty gastryczne w czasie podróży przestają występować. I tak sobie podróżujemy. Kiedyś w trasie zabieram do samochodu parę autostopowiczów. Dziewczyna siada koło mnie, chłopak z tyłu koło kartonu. Ludzie sa rozmowni, zaczynają z miejsca opowiadać gdzie jadą, tak, że nie zdążam ich uprzedzić o dodatkowym pasażerze. Nie potrafię opisać sceny, którą obserwuję w pewnej chwili w lusterku wstecznym. Tu musi starczyć wyobraźnia. Ten wyraz twarzy młodego człowieka, który widzi niespodziewanie wynurzającą się pokaźnych rozmiarów kudłatą głowę etdela, z uślinionym pyskiem tuż przy swojej twarzy (!!!) Bezcenne! Przepraszałam i uspokajałam do końca naszej wspólnej jazdy, ale chłopak już się nie odezwał. Chyba chwilowo stracił głos.

  • Ten sam erdel lęka się też wody. I tą fobię też staram się przełamać. Np kiedyś zapraszam go do kajaka. Trasa krótka, rzeka nie za głęboka, mendrująca, Wieprz mianowicie. Bunio siada mi między udami i zachowuje spokój, pod warunkiem wszakże, że nie wymachuję wiosłami. Tak więc obowiązek wiosłowania spada w całości na mojego partnera, który siedzi za mną. Sielanka trwa dopóty nie wpływamy „na przestwór oceanu” którym jest niewielki zalew. Czuję jak serce Bunia przyspiesza, widzę, jak wyciąga szyję, i mierzy skalę niebezpieczeństwa, po czym …. postanawia wysiąść. Staje na dziobie i robi krok do przodu. Radzi sobie, oczywiście, ale zdziwienie jego niebotyczne. Nasze jeszcze wyższe! I bynajmniej nie stara się wrócić na chybotliwy kajak, tylko obiera kierunek na stały ląd, a my chcąc czy nie chcąc, za nim ;-) Płyniemy tak w asyście innych kajaków, bo kibiców Bunio ma wielu.

  • Wow, naprawdę świetna sprawa, fajnie że angażujesz sie w takie akcje:) A zwierzaki bardzo fotogeniczne:)

  • Cudny kalendarz i genialna akcja! Do tego świetny pomysł na prezent: podwójny,bo charytatywny… Będę propagować!

  • Przepiękny kalendarz!

    Ja z moją sunią (którą zresztą wzięłam z ulicy, bo złapała za rękaw kurtki i już nie chciała puścić) mam same wesołe przygody: a to zje wszystkie krówki ze stołu (oczywiście wcześniej wypakuje z papierków), a to ucieknie na łóżko przed odkurzaczem, a to zacznie jeść śnieg, jakby co najmniej zatrudniła się w roli odśnieżarki. Jednak ostatnio płaczemy ze śmiechu za sprawą jednego małego urządzonka – wskaźnika laserowego. Wiecie: takie czerwone światełko, które możemy skierować np. na ścianę… :) Otóż mój pies (a raczej sunia) na widok światełka na dywanie zaczyna się ślinić, patrzy szaleńczym wzrokiem, wysuwa pazury jak kot (właśnie! muszę obciąć jej pazury, bo nas zaszlachtuje) i zaczyna ganiać jak szalona, przewracając meble, przesuwając chodnik i kłapiąc paszczęką na lewo i prawo. Wtedy wyłączam „światełko” – zaczyna się poszukiwanie czerwonego zbója – Kawa (czyli moja czworonożna pociecha) zagląda pod łóżko, za szafkę, a zawsze kończy się próbą zrobienia podkopu pod dywan, gdzie zapewne laserowe światełko uwiło sobie norkę. :)

  • Zajebisty kalendarz, sprawię sobie taki na przyszły rok więc nie opisuję super historyjek z udziałem mojego czworonoga, który też jest ze schroniska tyle że nie szczeka tylko miauczy.

  • Anonymous

    ej, linki nie działają :/

  • Czasem w sobotę brałam Tuptusia na zakupy z Mamą -ja z Nim koczowałam przed sklepami, a Mama robiła swoje. Pewnej soboty stałam tak ze swoim jamnikiem i podleciał do nas Gagatek, tak może 4 lata mógł mieć. Klęknął przed Tuptusiem, wtulił mu się mocno w szyję, zaczął całować i tak chwilę Go darzył swoją miłością a jako że to pies dobrze wychowany, Tuptuś jedynie zerknął na mnie błagalnym wzrokiem ale grzecznie dał się Malcowi wyściskać. Wtem chłopczyk krzyknął do kobiety zajętej rozmową z koleżanką: „Mamo, mamo, widzisz jak ten pies mnie nie ugryzł?”. Mi się serducho ucieszyło i zaśmiałam się w duchu, a kobieta odciągnęła syna i zaczęła mu prawić, jakie to psy są niebezpieczne, „a fe” i w ogóle to ten jedyny nie gryzie, a reszta tak.

    Serdecznie pozdrawiam wszystkich właścicieli jamników szorstkowłosych :)

  • Anonymous

    Jakieś 5-6 lat temu, kiedy jeszcze miałam pieska Timiego i często wychodziłam z nim na spacer spotykałam wielu sąsiadów. Poznałam bliżej zwłaszcza dzieci i osoby starsze. Wśród nich była dziewczynka Ania, która miała pieska o imieniu Shrek. Pewnego dnia sąsiadka z bloku zaczepiła mnie na spacerze i mówi do mnie….”jaka ta Ania niegrzeczna!Ja się jej pytam jak na imię ma pies, a ona mi mówi, że srak!” Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, ale wytłumaczyłam sąsiadce, że Ania jej dobrze powiedziała, a piesek to nie srak, a Shrek taka postać z bajki!

    mika19@poczta.onet.pl

  • Kocham mojego pieska, a dzięki niemu pokochałam też mężczyznę, który okazał się moją dru… trzecią połówką.
    Mieszkam na wsi, a mój pies biega luzem, nie wiążę go ani nie zamykam. Pewnego dnia uchyliłam drzwi i zawołałam do niego czule (jak zawsze – bo nazywam go naprawdę różnie): „Cześć Kochanie! No już za chwilkę pancia pójdzie z Tobą na spacerek”. Pies zamerdał ogonem i zaczął spoglądać to raz na mnie, to raz w kierunku bramy wejściowej na nasze podwórko. Uchyliłam szerzej drzwi, by dowiedziec się, jakim obiektem tak zainteresowany jest Nusiek. Drogą jechał przystojny młody mężczyzna. To znaczy wtedy już nie jechał – stał przed bramą uśmiechając się szeroko, a po chwili rzekł do mnie: „Bardzo chętnie”. Zorientowałam się, że gość słyszał, jak czule mówiłam do psa, zaczerwieniłam się i spuściłam wzrok ze wstydu. Dziś na spacery chodzimy już we trójkę: ja, Nusiek i On – moje trzy połówki jabłka, mężczyźni, którzy dają mi siłę do życia.
    P.S. Świetna inicjatywa ze sprzedawaniem kalendarzy!
    emszufnarowska@o2.pl

  • Kocham mojego pieska, a dzięki niemu pokochałam też mężczyznę, który okazał się moją dru… trzecią połówką.
    Mieszkam na wsi, a mój pies biega luzem, nie wiążę go ani nie zamykam. Pewnego dnia uchyliłam drzwi i zawołałam do niego czule (jak zawsze – bo nazywam go naprawdę różnie): „Cześć Kochanie! No już za chwilkę pancia pójdzie z Tobą na spacerek”. Pies zamerdał ogonem i zaczął spoglądać to raz na mnie, to raz w kierunku bramy wejściowej na nasze podwórko. Uchyliłam szerzej drzwi, by dowiedziec się, jakim obiektem tak zainteresowany jest Nusiek. Drogą jechał przystojny młody mężczyzna. To znaczy wtedy już nie jechał – stał przed bramą uśmiechając się szeroko, a po chwili rzekł do mnie: „Bardzo chętnie”. Zorientowałam się, że gość słyszał, jak czule mówiłam do psa, zaczerwieniłam się i spuściłam wzrok ze wstydu. Dziś na spacery chodzimy już we trójkę: ja, Nusiek i On – moje trzy połówki jabłka, mężczyźni, którzy dają mi siłę do życia.
    P.S. Świetna inicjatywa ze sprzedawaniem kalendarzy!
    emszufnarowska@o2.pl

  • Anusza

    Ha! Historię o tym jak poznałam Forda, moją dziką leśną bestię, opowiadam przy każdej możliwej okazji. W lipcu 2011 roku, swoją drogą bardzo dobre wakacje, wybrałam się z kumplem w góry. Ot, on miał jakiś projekt, składający się w dużej mierze z liczenia kwiatków, a ja nie miałam co robić, a na Turbacz się nigdy wcześniej nie miałam okazji dowlec, więc pojechałam. Na wyjazd składały się trzy dni – przyjazd i przemarsz do schroniska, łażenie po okolicy i liczenie kwiatków, no i powrót. Pierwszy dzień nie ma większego znaczenia, wpadłam po kolano w błoto, pokichałam na otaczającą przyrodę i zjadłam najlepsze gofry w życiu, z bitą śmietaną i borówkami. Drugi dzień jest bardzo ważny – wtedy to wybraliśmy się na poszukiwania roślinek, które mieliśmy policzyć, pomierzyć i obejrzeć z każdej możliwej strony. Także wstaliśmy rano, zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy masę kanapek z serem i pasztetem (ach, bogactwo!) i wyruszyliśmy. Było zimnawo, mokrawo i błotniście, maszerowaliśmy dzielnie po rowach, wzniesieniach i innych kałużach przez ładnych osiem godzin. I od samego początku wyprawy gadałam, praktycznie bez przerwy, bite osiem godzin. Wracaliśmy już do schroniska, drogą przez las i nagle, nie stąd ni zowąd, mój kolega mówi „zamknij się”. Mnie momentalnie ogarnął słuszny gniew, no bo jakże to tak, po ośmiu godzinach obcesowo rzucić „zamknij się”? Ale mój znajomy (jakże dobrze mnie zna!) uprzedził moje wybuch gniewu i mruknął „cśś, słuchaj”. Więc słucham, słucham. I już miałam powiedzieć, że nic nie słyszę, a tu nagle cichutkie „miau! miau!” dochodzi zza krzaka. Odwracam się, patrzę, dwie małe kuleczki wybiegają zza drzewa, piszczą, krzyczą i pędzą prosto do nas. Oczywiście oddałam im moje kanapki z pasztetem, dobrze, że gadulstwo odebrało mi apetyt – bestie pożarły rzeczony pasztet razem z chlebem. Po chwili (no, przesadzam, do chwili temu było daleko) zdecydowaliśmy, że przecież dwa maleńkie, na oko pięciotygodniowe kociaczki nie mogą zostać same w lesie w taką pogodę. Więc wsadziliśmy po kocie w kurtkę i wróciliśmy do schroniska, którego pracownicy szczerze się z mruczków ucieszyli, poczęstowali mlekiem i powiedzieli „jak najbardziej, niech śpią z państwem w schronisku!”. Następnego dnia koty znowu wylądowały w kurtkach, potem w autobusie na kolanach (pan kierowca pokazywał je dzieciom, wsiadającym na następnych przystankach, bo siedzieliśmy z przodu) i potem w naszych domach. I tak już zostało, mój Fordzik zbujuje teraz w oczekiwaniu na to, aż poczłapię do łóżka. Ma zdanie na prawie każdy temat i uwielbia moją czapkę z królika. Jest ogromny, najlepszy na świecie i kocha tylko mnie, chyba że ktoś ma surowe mięso albo oliwki. Lubi pudełka i okna. Rozstawia po kątach nasze psy i gardzi nieporządkiem. Naprawdę, jest najlepszy na świecie.

    Trochę się rozpisałam, ale dla mojej czarno-białej bestii warto. Nawet jakbym nie wygrała psolendarza, to kolejna okazja do opowiedzenia genezy mojej znajomości z Fordem jest wystarczająco satysfakcjonująca :)

    Pozdrawiam
    A.

    gweezereth@gmail.com

  • A ja też się podzielę… A co :D. Opowiem o dwóch rzeczach. Jedna z nich to jednorazowa sytuacja, a druga… raczej bardzo dziwnym nawykiem.
    Mam kicię, która zyskała dumne imię Puma. Bardzo się wczuła w swoje imię, ponieważ stała się bardzo wykwalifikowanym łowcą mniejszych i większych stworzeń. Jako, że mieszkamy na wsi, wokół naszego domku pałętają się różnego rodzaju gospodarcze zwierzątka. Pod jej morderczą łapę dostały się już dwie kury, królik i standardowo pomniejsze gryzonie próbujące oblegać nasze gniazdko. A sytuację, którą opiszę, widział mój dziadek. Siedział sobie w altance u nas na ogródku, kiedy usłyszał ciężkie do zidentyfikowania hałasy. To Pumcia nasza kochana przedostawała się przez płotek z balastem w pyszczku w postaci… łasicy. Jakimś cudem udało jej się przeskoczyć i zadowolona z ciebie zmierzała w kierunku altanki, żeby pochwalić się zdobyczą. Łasicę cały czas ciągnęła za kark, prawie jak swoje kocię, tylko z mniejszą czułością, gdyż zahaczała stworzonkiem o wszystkie doniczki jakie mogła napotkać po drodze (dziadkowi aż się wydało, że robiła to specjalnie). Kiedy już dotarła do celu, położyła łup na kafelkach i zaczęła zastanawiać co dalej z nim zrobić. W pewnym momencie jej uwagę odwrócił jej młody, miesięczny syn, który pewnie sam był zaciekawiony co ta matka przytargała. I wtedy, jak z bicza strzelił, łasica poderwała się i uciekła. Biedna Pumcia nawet nie zdała sobie sprawy, że jej ofiara tylko udawała martwą :(, chyba do dzisiaj się z tego nie pozbierała.
    A nawyk, o którym wcześniej pisałam… Jest dziwny nie tylko jak na kota, ale również jak na takiego mordercę jak ona. Od kiedy była mała, trzymałam ją w domku. W końcu się przełamała i zaczęła wychodzić na dwór tylko po to, aby się załatwić i zaraz wracała. No i tak mijały sobie miesiące, a wszystko było na jak najlepszej drodze, że w końcu Puma zacznie częściej opuszczać domek. No i przyszedł w końcu na mnie czas. Uznałam, że kicia jest wystarczająco duża, aby przetrwać dwa tygodnie beze mnie, więc udałam się na wakacje. Po powrocie patrzę, a Pumy nigdzie nie ma. No cóż, pewnie jest na dworze. A i owszem była. Wystarczyło, że wyjrzałam za drzwi i ją zawołałam, a ta już znalazła się przy moich nogach. Więc ja ją hyc! pod pachę i do pokoju. No i tak sobie leżymy na łóżku – ona na mnie i sobie mruczy. Myślę sobie „Stęskniła się biedaczka!”. Za chwilę czuję, że coś jest nie tak… Tak jakby mokro. Czyżby się zesikała? Niemożliwe! Podnoszę ją, patrzę, a z jej pyszczka, jak z kranu, kapie ślina! Prosto na mnie! Ja zawał serca, dzwonię do weterynarza. Ten mi mówi, że to pewnie nic takiego, ale lepiej jak poczekam jakiś czas i jeśli się to powtórzy to mam przyjeżdżać. Nie minęła nawet godzina jak stałam u niego w kolejce z kotem pod pachą. Wchodzę, kładę kota na tym takim stole, głaszczę, żeby się nie denerwowała, a ta zaczyna ugniatać materac łapkami i znowu się ślini. Jak się okazało: kicia była smutna i samotna jak mnie nie było i gdy wróciłam, zaczęła TO robić, gdyż poczuła się szczęśliwa jak małe kocie przy matce.
    Teraz robi tak zawsze, gdy jest jej przyjemnie. Obśliniła już prawie pół domu… :P

    Uszanowanko ;3,
    Kajucha
    kaja.zuk@gmail.com

  • Ewa

    Miałam kiedyś chomika o imieniu Kropka. Z resztą wszystkie moje chomiki nazywały się Kropka…opcjonalnie Puszek. Ot, takie dziecięce upodobanie. W każdym razie Kropka była chomikiem wielce kochanym i rozpieszczanym przeze mnie i moją siostrę. Kropka miała swoją kulę do biegania, karuzelę, zawsze świeże wiórki i dużo smakołyków. Zbliżały się Święta, postanowiłyśmy więc z siostrą, że Kropce należy się „coś ekstra” od życia w tym szczególnym czasie. Uznałyśmy, że skoro cala rodzina będzie zajadać się makowcem, kluskami z makiem itd. to i Kropka miseczkę maku dostanie. No i posmakował jej. Tak bardzo, że w trymiga pochłonęła całą miseczkę i wpatrywała się w puste denko z żałosnym utęsknieniem. Jako dzieci bardzo wrażliwe a na dodatek kochające swojego chomika, nie odmówiłyśmy mu dokładki…a potem jeszcze jednej. Jakież było nasze przerażenie, gdy następnego dnia okazało się, że Kropka, nasza kochana Kropeczka przez cały dzień nie chce się obudzić…ani następnego dnia! Tata, jako dorosły ekspert orzekł, ku naszej uldze, że Kropka nie umarła (a tego się obawiałyśmy) tylko twardo śpi. W związku z niespotykaną sennością zwierzęcia, tata zaczął nas wypytywać, co my z tym nieszczęsnym chomikiem ostatnio robiłyśmy. Kiedy wracając dwa dni wstecz, opowiedziałyśmy, że Kropeczka jadła z zapałem mak, tata nie mógł wytrzymać ze śmiechu. Kiedy już się opanował, dowiedziałyśmy się, że mamy znarkotyzowanego chomika! Chcąc dobrze (jak zawsze!) naćpałyśmy biedną Kropkę! Na szczęście dwa dni później obudziła się, wolna od nałogu (ufff, mogla się przecież uzależnić!) :)
    Mam nadzieję, że miała przynajmniej bardzo kolorowe chomicze sny!
    Ot i cała historyja!
    Pozdrawiam
    Ewa
    kelebrian@interia.pl

  • Anonymous

    Inicjatywa jest wspaniała. Gratuluję tak wyśmienitego pomysłu, aż cieplutko na sercu się robi :)
    Osobiście podzielę się historią dotyczącą mojej suni rasy pekińczyk, która podarowała całej rodzinie wiele radości, aczkolwiek to złośnica z piekła rodem, która faworyzuje jedynie moją mamę ;) Norka (bo tak się wabi) zapewniła nam nie lada wyzwanie, zwane pseudociążą… Byliśmy zaskoczeni, gdy zauważyliśmy u niej powiększenie gruczołu mlekowego i zasadnicze zmiany w zachowaniu ( w pewnym momencie praktycznie nie wychodziła ze swojego koszyka jakby czekała na rozwiązanie, tyle, że nie miała partnera i taka sytuacja w ogóle nie wchodziła w grę ). Później śmigała po mieszkaniu ze smutną minką czegoś szukając. Zaglądała pod łóżka, wchodziła nawet do szafy… a potem znalazła zabawkę jeszcze z czasów mojego dzieciństwa (biedroneczkę, którą jak się nacisnęło to „popiskiwała” ). Zabawka bardzo jej się spodobała i zapakowała ją sobie do koszyka, chyba pomyślała, że to jej szczeniaczek. Teraz, gdy sytuacja się unormowała… biedroneczka nadal z nią sypia i jest nieodłącznym kompanem. Aktualnie Norka jest dumną mamą i posiada „prawdziwe” dziecko ;)

    Pozdrawiam gorąco!
    Monika
    kueyen@outlook.com

  • Anonymous

    Piękny kalendarz :)

    Dzisiaj Pokera już z nami nie ma (nasz owczarek szkocki 11 listopada musiałby mieć18 lat:) ), ale wszyscy pamiętamy niezwykłą historię, gdy uratował życie swojej pani ( a mojej mamie). Moja mama choruje już przeszło 20 lat na cukrzycę- są momenty, gdy wszystko jest pod kontrolą, ale też i takie, gdy z powodu stresu czy innych czynników, „skaczą” jej cukry. I tak było pewnej nocy. Poker zaczął wyć- histerycznie i głośno. Wszedł mojemu tacie na głowę wyjąć strasznie. Obudził wszystkich. gdy tata zapalił światło, zobaczył, że mama jest trupio- blada, słabo oddycha, a z ust płynie jej biała piana…Nie mógł jej dobudzić. Zadzwonił po karetkę- cudem przyjechała w możliwie krótkim czasie i udało się moją mamę uratować. Ale do rana by nie dożyła- cukier spadł jej tak drastycznie, że prawie zapadła w śpiączkę hipoglikemiczną… Poker uspokoił się jak zobaczył, że pan wstał i wziął sprawy w swoje ręce. Przekazał zadanie wyższemu w hierarchii stada. Do dziś wspominamy tę historię z łzami w oczach (zwłaszcza moja mam, gdy usłyszała o wszystkim).

    Pozdrawiam
    Karolina
    karolina.a.czarnecka@gmail.com

  • Z dziś: mam ochotę zabić swojego psa. Wchodzę do domu a tam rozpierducha, cały śmietnik rozwalony po kuchni, korytarzu, pokoju. Idąc po jakichś niebieskich śladach między śmieciami wchodzę do pokoju, patrzę, KLOCEK na środku. Znalazłam swojego psa szczęśliwego, wesoło merdającego ogonkiem, CAŁEGO wymazanego w tuszu z długopisu, siedzącego pod biurkiem, wyraźnie szczęśliwego, że już wróciłam.
    Niebieskiego psa oddam w czyjekolwiek ręce.

    paula.puchacz@gmail.com

    • Anonymous

      To na poważnie, czy na żarty? :)

  • Przepiękny kalendarz ;]
    Jestem dumną posiadaczką niewielkiego mieszańca o imieniu Turpis, który, tak jak samo tłumaczenie z łaciny przekłada, do brzydkich należy, ale za to strasznie kochanych. Jest to dziwnowłosy pies o krzywych łapkach, który ogromnie lubi jeść i spać, ale gdy zobaczy śnieg albo kijki do nordic walking to nie można go uspokoić. Najciekawsze jednak w jego niedługim żywocie jest to, iż jest to kundel przegubowy, złożony z dwóch części i majsterkowany. :) Po bardzo ciężkim potrąceniu został pozszywany i wskrzeszony do życia, mimo że nie mieliśmy na to nadziei. Ogon jest złamany, miednica źle się zrosła, więc gdy biegnie ma sie wrażenie, że jego tylna część ciała usiłuje wyprzedzić przednią. Ale to nic, nie przeszkadza mu to w pełnieniu obowiązków kolejnego członka naszej, bądź co bądź, dużej rodziny. :)
    Pozdrawiam,
    Zosia
    joszyna@o2.pl

  • Moja roczna wtedy suczka, Ruda, jako psiak kochający wszystkie stworzenia duże i małe, zawsze niecierpliwie wyczekiwała momentu uwolnienia Chomika z klatki na wieczorny spacer po kanapie i podłodze. Nie spuszczała go wtedy z oka, delikatnie trącała łapką i nosem, szaleńczo merdając przy tym ogonem i niemal „zacałowując” gryzonia na śmierć (z tego też względu chomicze „przepustki’ nie trwały długo ;-)). Pewnego razu Chomik spacerując po podłodze kuchni, zawędrował w pobliże psiej miski z jedzeniem, obok której leżał kawałeczek suchego chleba. Pod okiem niewzruszonej Rudej natychmiast porwał smakołyk i z łupem w pyszczku czmychnął czym prędzej pod krzesełko – dokładnie tam, gdzie znajdowało się jej posłanie. Zaintrygowana suczka ruszyła jego śladem, na chwileczkę zniknęła pod krzesłem, po czym ukazała się skonsternowanym domownikom… trzymając w pysku Chomika za tylną łapkę i najzwyczajniej w świecie, baaardzo delikatnie odstawiła go na środek kuchni! :)

    schogettenforever(malpa)gmail.com

  • Anonymous

    Najciekawsza historia związana z moim psem wydarzyła się kiedy był jeszcze szczeniakiem. Mój tata miał w zwyczaju w czasie spacerów z psem chodzić na zakupy. Całkiem nieźle udało nam się zwierzaka wytresować, więc siedział przed sklepem bez przywiązywania. W roku, w którym wzięliśmy psa na naszym osiedlu wybudowano pierwszy supermarket. Jesienią, tata po raz pierwszy zabrał psa na „posiedzenie” pod supermarketem. Robiąc zakupy nagle usłyszał ” Właściciel małego psa jest proszony o zabranie małego psa”, po chwili komunikat się powtórzył. Tata nie zwrócił na to uwagi, po czym wchodzi między alejki, a tam mały tłum i kobietka powtarzająca ” Właściciel małego psa jest proszony o zabranie małego psa”. Czerwony jak burak złapał psa pod pachę, oddał biednej kobiecie koszyk, i pośpiesznie wyszedł. Od tamtej pory panie w supermarkecie mówiły o nim „właściciel małego psa”.
    Karolinanapora@o2.pl

  • Dziękuję za wyróżnienie mojego Arczysława :)
    Bardzo się cieszymy, całą trójką – ja i moje dwa czworonożne :)
    Znalazłam wyniki przypadkiem, na fanpejdżu, nie wiedziałam o nich. Nie wiem, czy mam zgłosić się mailowo czy czekać na wiadomość, tak czy siak nie mam nic na razie na skrzynce.

    • Jutro się do Ciebie odezwę :)

    • Anusza

      A gdzie dokładnie na fanpejdżu, bo jakoś doszukać się nie mogę?

      PS Gratulacje dla ciebie i Arczysława :)

    • Anusza – wyniki znajdują się na samym dole tej notki.

  • Spóźniłam się na konkurs, ale może to dobrze, bo najśmieszniejsza i najdziwniejszą rzecz, którą zrobił mój pies ( która na szybko przyszła mi do głowy ) kiepsko wyglądałaby na piśmie;) Kalendarz bardzo ładny. Świetny pomysł i wykonanie; grafika, opisy i zdjęcia po prostu świetne.

    • O tak, ten kalendarz to prawdziwa perełka. Pozdrawiam :)