S. SZWED || MUNDRA

Mistrzynie ceremonii. Zwykle mylone z pielęgniarkami lub salowymi. Stojąc w cieniu lekarzy, nie zawsze dostatecznie doceniane są za własną pracę. Położne. Reprezentują jeden z piękniejszych zawodów, w którym kobieta może pomóc kobiecie.

Sylwia Szwed porozmawiała sobie od serca z dziesięcioma kobietami, reprezentującymi cztery pokolenia położnych. Najstarsza z nich swoją karierę zawodową rozpoczęła w okresie II wojny światowej, najmłodsza w trakcie tworzenia tej książki miała dwadzieścia sześć lat i pracowała w tanzańskim szpitalu. Na ponad 200 stronach poruszone zostały różnorakie tematy: od medykalizacji porodu i odejścia od natury, po martwe ciąże, poronienia, kwestię aborcji oraz traktowanie kobiet w szpitalach. Szwed pisze o tym, że są kraje, w których cesarskie cięcia stanowią 50-60% wszystkich porodów (Brazylia), a także o tym, że kiedyś poród był wydarzeniem rodzinnym, dziś jest sprawą medyczną, a domowe porody często postrzegane są jako fanaberia eko wariatek.

Warto wiedzieć, że do XVIII wieku akuszerstwo było domeną wyłącznie kobiet – praktyka położnicza była poniżej godności męskiego lekarza. Na położne mówiono mundre – czyli mądre, bo jak nikt inny znały anatomię kobiecych narządów rodnych, pełniły rolę kobiecych doradczyń i cieszyły się szacunkiem środowiska. Sylwia Szwed w swoim reportażu próbuje dociec, jakie motywacje kierują kobietami wybierającymi ten wymagający zawód, z jakimi trudnościami spotykają się na co dzień w swojej pracy oraz co najchętniej zmieniłyby w dotychczasowych szpitalnych praktykach.

Kiedy nadchodził czas, szła do chałupy kobiety, z której dochodziły już pierwsze pokrzykiwania. Wyganiała mężczyzn z domostwa, całowała w czoło przyszłą matkę. Rozplatała jej warkocz, zdejmowała wszystkie pierścionki, kolczyki, chustki, żeby nic nie było na niej zawiązane. Kiedy rodzącą trzymały bóle porodowe, otwierała okna, drzwi, szuflady, kufry, żeby rozewrzeć wrota jej łona. Kazała złapać się belek w stropie, dała kieliszek wódki na znieczulenie.

W książce świetnie nakreślone są przemiany, jakie na przestrzeni ostatnich stu lat zaszły nie tylko w świadomości kobiet, ale i opinii publicznej. Dużo mówi się tu o diametralnej zmianie postrzegania porodów – metamorfozę, jaką ten przeszedł z procesu fizjologicznego, w zjawisko ściśle medyczne, podczas którego z kobiety należy szybko i sprawnie wyjąć dziecko. Dziś też coraz mniej w kontekście narodzin mówi się o śmierci, a niegdyś ta tematyka nierozłącznie wiązała się przecież z porodem.

Kiedyś natknęłam się na zapiski położnej sprzed wieków, jakieś bardzo stare. Pisała, że gdy wracała do domu, to matka, która też była wioskową akuszerką, pytała ją: „I jak, żyje czy nie żyje?”.

Jedna z położnych porusza ciekawą kwestię intelektu, który może przeszkadzać w trakcie porodu. Pisał już o tym wybitny francuski położnik Michel Odent, zwracając uwagę, że ludzie, jako jedyne ssaki posiadają w mózgu neokorteks, odpowiedzialny za myślenie logiczne, które nie ma nic wspólnego z odruchami warunkującymi przetrwanie, a może z kolei zaburzać funkcjonowanie starej kory odpowiedzialnej za instynkty. A rodzenie jest przecież działaniem instynktownym.

Wydaje nam się, że nie umiemy rodzić, nie wiemy jak, nie damy sobie rady z bólem. Wymyślono już tyle różnych sprzętów i aparatur, że czasem zapominamy, że nasze ciało też coś potrafi. Praktycznie każda z rozmówczyń porusza kwestię bólu porodowego, jako elementu zupełnie nieprzypadkowego.

Jeśli jednak kobieta stwierdza, że na pewno nie umie urodzić dziecka, że potrzebuje wspomagaczy – znieczulenia, kroplówki z oksytocyną – to pytam ją, jak rodziła jej babcia. Bez tych wszystkich nowoczesnych wynalazków. „Czym ty się różnisz od swojej babci?”.

Świat poszedł technicznie do przodu. Mam świetny samochód, piorę wygodniej, niż prała moja babcia, robię zakupy łatwiej niż mama. Dlaczego nie mam rodzić łatwiej niż one? Szybciej, bez bólu, z mniejszym wysiłkiem.

Przyznam, że dawno nie czytało mi się tak dobrze żadnej książki. Pewnie trochę dlatego, że jestem w targecie, a trochę, bo to naprawdę dobrze napisana pozycja, która powinna zainteresować nie tylko osoby planujące macierzyństwo. Między wierszami wyczułam jednak propagowanie porodu naturalnego, jako jedynego słusznego, co nie do końca mi się spodobało (choć porównując te rozmowy do treści Położnej. 3550 cudów narodzin J. Kalyty i obecnego tam ciśnienia na poród siłami natury, wplecione elementy perswazji są naprawdę delikatne).

Polecam!


Ulubione cytaty:

(…) to odkrywanie, do czego jestem zdolna. Nagle zrobiłam coś, co wydawało mi się poza moim zasięgiem. Już czułam, że umieram, a wyszłam z tego zwycięsko.

Wysiłek jest potrzebny do życia. Wysiłek uczenia się, chodzenia, mówienia jest konieczny, żeby cokolwiek się w życiu zmieniało. Wielkie dzieła rodzą się w trudzie.

  • Położna nigdy nie zachęci do cesarskiego cięcią ani nawet do znieczuleń. Całkowita natura, chociażby z tego względu, że istnieje szereg mikrocech, które dziecko nabywa przemieszczając się kanałem rodnym. Z dawnych wykładów pamiętam, że chodziło o więź z matką i odporność. Osobiście jednak jestem raczej zwolenniczką znieczuleń i wszystkiego, co mogłoby ten moment dla kobiety ułatwić, bo dlaczego nie? Właśnie tym różnimy się od naszych babć. Ktość zechciał nam ułatwić życie, a mówiąc ktoś, mam oczywiście na myśli lekarzy, czy naukowców. Kiedyś podczas rozmowy moja babcia przyznała, że bardzo by chciała dostać wtedy znieczulenie z prawdziwego zdarzenia i nie rozumie kobiet, które same z siebie decydują się na ten rodzaj bólu ;)

    • Pełna zgoda. Jeśli mamy dzisiaj wybór i możliwości, dlaczego z nich nie skorzystać? Myślę sobie jednak, że właściwie na każdym kroku liczymy na jakieś ułatwienia, udogodnienia z postawą w stylu „bo nam się należy” – i nie chodzi mi tu tylko o tak ekstremalną sytuację, jaką z pewnością jest poród, ale o inne, codzienne sprawy. Co rusz spotykam w pracy ludzi, którzy wolą się poddać, niż podjąć konkretny wysiłek; widzę słabości znajomych, którzy nie dopuszczają do siebie świadomości, że życie nie składa się tylko z samych komfortowych sytuacji. Dobra, ale mądrzyć to się będę, jak sama przeżyję poród na własnej skórze :) Pozdrawiam!

      • b.

        Myślę, że najlepiej nie mieć oczekiwań. Mam wyznaczoną datę na 10 stycznia i raczej nie myślę o tym, jak to będzie. Moja strategia to „go with the flow” :) Dodam, że nie mieszkam w Polsce i tutaj znieczulenie jest całkowitą normą… raczej nie „bo nam się należy”, ale „bo jest dostępne”!

        • Ja niestety z tych, co za dużo myślą i każdy scenariusz pewnie z 10 razy przerobię w głowie. A jak wiadomo – w rzeczywistości i tak będzie inaczej.

          PS Powodzenia!

    • Ja mam w ogóle wrażenie, że taka presja na poród bez znieczuleń, uznawanie bólu za element konieczny i naturalny porodu (wciąż wśród niektórych takie przeświadczenie pokutuje) to też efekt wychowania katolickiego, w którym cierpienie jest cnotą, ta cała gloryfikacja cierpienia, którego można by uniknąć. Taka ciekawostka historyczna: kiedy w połowie XX wieku uczeni ze Związku Radzieckiego opracowali skuteczny program ograniczenia bólu przy porodzie (nie było to znieczulenie chemiczne, a ćwiczenia oddechowe, coś co dziś jest powszechnie propagowane np. w szkołach rodzenia), metoda ta została podważona przez ginekologów na Zachodzie, którzy woleli obstawiać przy konieczności bólu niż zaproponować pacjentkom sposób na jego zmniejszenie. Chodziło oczywiście o to, że był to wytwór radziecki, a więc komunistyczny, a więc wrogi. Co jeszcze ciekawsze, za metodą naukowców z ZSRR wstawił się… ówczesny papież – taki mały paradoks i wyłam w kościelnej fiksacji na punkcie „cierpienie uszlachetnia”, niestety też wyjątek potwierdzający regułę.

      • mi się wydaje, że to nie ma związku z religią katolicką, to po prostu nowa religia – to całe eko naturalne rodzenie, naturalne chowanie dziecka, rezygnowanie z wszelkich udogodnień itd tak jak u niektorych różne diety. chodzi o to, żeby maksymalnie utrudnić sobie życie i wtedy jesteś lepszy od innych. to jest niejako obok, oprócz jakiejkolwiek religii.

  • Jako kobieta, która urodziła pierwsze dziecko sześć tygodni temu, a zatem ma wspomnienia porodowe pierwszej świeżości, potwierdzam słowa z cytatu. Nigdy nie byłam z siebie tak dumna. Pamiętam, że przed rozwiązaniem z jednej strony nie mogłam się go doczekać, taka byłam ciekawa tego doświadczenia, z drugiej zaś bałam się, że misja mnie przerośnie. Nie przerosła :-), a zaznaczam, że należę raczej do tych „delikatnych”. Jestem pewna, że to dlatego, że byłam dobrze przygotowana (książki! dużo książek! godziny przemyśleń!) i wiedziałam, czego chcę.

    Jeszcze raz serdecznie Ci gratuluję i przesyłam życzenia powodzenia. Na pewno będzie dobrze.

  • Magda, a powiedz czy czujesz taką presję społeczną na poród naturalny? na karmienie piersią? Bo ja odbieram takie sygnały. To znaczy, chciałabym urodzić naturalnie jeśli się da (na razie mała siedzi głową w górze, chociaż dwa tygodnie temu już się dobrze obróciła, więc jest niepewnie), i karmić też chcę, ale mam takie poczucie słuchając różnych kobiet, że cesarka czy brak nieporadzenie sobie z karmieniem naturalnym uważane jest wręcz za porażkę i czyni z kobiety chujową matkę i złości mnie to, jak mało co.

    • Nie, na szczęście nie czuję takiej presji. Częściej spotykam się z komentarzami, że po co się męczyć, skoro można sobie bez problemu załatwić cesarkę. Co do karmienia piersią: ostatnio usłyszałam „nie urósł Ci prawie biust, nie będziesz miała pokarmu”, tak jakby wielkość miała w tej kwestii jakiekolwiek znaczenie.

      • Bardzo nie chciałam, ale ostatecznie miałam cesarkę. Potem kilka dni zwijania się z bólu i ofc kryzys laktacyjny oraz płacz, że jaka ja jestem od początku chujowa. I wtem do mojej szpitalnej sali weszła taka fajna 40-letnia, ultra płaska położna, spojrzała na moją zabeczaną twarz i powiedziała: „Kochana, jeśli ja z tych swoich dwóch pryszczy wykarmilam czwórkę dzieci, to i ty dasz radę”. 😂 ❤ potem faktycznie było już lepiej :)

    • jest nawet przytoczony w powyższym tekście fragment książki na ten temat – ten o babci. nie znoszę tego typu retoryki – „jak twoja babcia dała radę to ty też dasz”. hm, babcia nie miała wyboru. dała radę tzn. co, przeżyła?
      a jak ci podłączyli kroplówkę z oksytocyną to co, „nie dałaś rady”? na ogół możesz średnio decydować. jesteś na porodówce, ktoś ci mówi, że dobrze byłoby podłączyć oksytocynę. co masz zrobić?? walczyć, żeby „dać radę”? przecież ty jesteś pacjentką, nie masz pelnego obrazu sytuacji. poza tym poród to nie powininna być walka z personelem. niektóe kobiety obierają to za punkt honoru, ale nie wiem czy to do końca mądre.
      a najgorsze jest to, że choćbyś się zapierała rękami i nogami i myślała „cesarka jest spoko, nie muszę karmić piersią” to jak przyjdzie co do czego, to tak gdzieś to z tyłu głowy zostaje – że będę lepszą matką jak urodzę naturalnie. mi się w końcu udało i czułam z tego powodu satysfakcję i wkurza mnie to.

    • marchew

      karmienie piersią jest fajne… ale trzeba je przeżyć. ból po nawale wspominam znacznie gorzej od samego porodu, pierwsze dwa tygodnie to była jedna wielka fiksacja z bólu. można zezygnować, można wytrzymać – jak się wytrzyma, nagrodą jest pychiczna przyjemność z karmienia (spora!) i wygoda – brak konieczności pierniczenia się z podgrzewaniem, odmierzaniem, pakowaniem…

      presja społeczna wobec kobiet jest ogromna w wwielu dziedzinach – sposób? olać

  • Seso

    Czytałam to w ciąży, w pełni zmotywowana na poród naturalny, ale po wynurzeniach pań, jak to dzieci oplatane pępowiną częściej się wieszają…i jak to więź z dzieckiem tworzy się przy porodzie (w domyśle- naturalnym), nie przez 9 miesięcy ciąży, nie w dzieciństwie…i jak to bezdzietna pisze jak bardzo lepszy jest poród siłami natury (to nie jest sklep, rzadko kiedy się wybiera sposób)…Zniesmaczyła mnie jej nachalna propaganda. Kobiety doprawdy uwielbiają się porównywac i narzucać innym swój sposób myślenia,. O wiele bliższa rzeczywistości jest „Macierzyństwo non-fiction” z tej samej serii, tam autorka nie podąża błędnie w stronę mistyki porodu i glorii bólu.

  • A wszystko, co piękne, rodzi się w bólach! :)

  • Dominika P.

    Ja każdą osobę, która chciałaby mnie skrytykować za subiektywne wielbienie cesarki zagryzłabym. Otoczenie o tym wie więc nikt nie próbuje :) Caluśką ciążę moja prowadząca ginekolog mówiła że to się skończy cc- dziecko bardzo duże a ja z wadą serca. W 40tc położyli mnie już na oddział patologii i tak sobie tam kwitłam aż do ostatniego możliwego dnia 42tc. Żadne cewnikowania, okropnie bolesne badania z rozciąganiem „środka” nie pomogły. O 7:00 dali pompę oxy i ledwie coś drgnęło. O 15:00 chcieli mnie cofnąć na patologię ale się zaparłam, że nie i mogą się wypchać bo ja następnego dnia nie zamierzałam mieć powtórki z rozrywki, poszłam rodzić to urodzę. No więc druga pompa oxy też guzik pomogła. Po 14 godzinach na dwóch landrynkach i jednej kostce czekolady, zawyrokowali o cesarce bo stało od kilku godzin na 9,5cm i ni chuja nie będzie 10. Zewnątrzoponowym mi celowali w kręgosłup pomiędzy skurczami a i tak nie podziałało, narkoza była extra :D Po 12h już mnie na nogi postawili (siłą). I mimo tego, że musiałam chodzić zgięta w pół jak babcia bo szew bolał to czułam się bardzo dobrze. I od pierwszego dnia sama „obsługiwałam” i nosiłam moje 4,38kg dziecię, nawał pokarmu też pojawił się książkowo. I po tym wszystkim mam taką traumę i awersję do naturalnego porodu, że jeśli coś się jeszcze kiedyś „trafi” to od początku będę szukać lekarza, który bez problemu mi zrobi cc. A jak ktoś mi zaczyna chrzanić, że jak to?? Przecież naturalnie jest tak pięknie… to mam ochotę walnąć deską w łeb :D :D

  • Przy okazji tego, jak oderwany od natury zrobił się poród, to samo stało się ze śmiercią i pogrzebem. Nie wiem czy lubisz takie klimaty, ale youtuberka Caitlin Doughty, która pracuje w zakładzie pogrzebowym, opowiada o tym w cudny sposób.
    https://www.youtube.com/user/OrderoftheGoodDeath

    • Równie dobrze pod hasło ‚oderwane od natury’ możemy podpiąć 90% wszystkich współczesnych płaszczyzn życia, a wtedy może się okazać, że jedno znieczulenie wcale nie jest znowu tak wielką sztucznością.

      • Jasne, na pewno żyjemy zupełnie inaczej niż dawniej. O ile akurat dobra „nienaturalna” opieka medyczna czy dostęp do wody są super, o tyle przeniesienie pewnych spraw (jak właśnie narodziny i śmierć) z życia codziennego do szpitali sprawia, że robią się czymś sterylnym, obcym i traumatycznym. Ja na myśl o śmierci kogoś bliskiego mam mdłości i nie mogę spać, myślę, że nie jestem w lękach odosobniona. Między innymi dlatego, że nie widzimy zmarłych, śmierć znikła z ulic, nie jest częścią codzienności. To jest materiał na długie rozważania czy jak się widzi śmierć na co dzień to dobrze, niemniej jednak mamy obecnie lęki, których ludzie np.100 lat temu nie mieli, bo pewne sprawy traktowane są w kulturze zupełnie inaczej.

        • Jeśli już schodzimy na temat śmierci, to owszem, ludzie 100 lat temu nie mieli aż takich lęków, bo głowę można było stracić na każdym zakręcie i bezsensowne śmierci, czy to głodowe, czy na tle rasistowskim, wiary, w powstaniach itd były na porządku dziennym. Tym samym fakt, że „śmierć znikła z ulic” uważam za coś korzystnego. A co do lęku i cierpienia, to myślę, że nie da się tego w żaden sposób zmierzyć ani porównać. Mimo, że nasze babcie częściej stykały się ze śmiercią, czy można powiedzieć, że dzięki temu cierpiały mniej niż np my teraz po stracie bliskich? Nie sądzę.

  • Super! Do przeczytania! :)

  • też czytałam tę książkę w ciąży, ciekawa, ale miałam niedosyt po przeczytaniu. miałam jakieś takie wrażenie, ze taką książkę łatwo napisać, zabrakło mi jakiegoś wątku statystyczno-reporterskiego, moim zdaniem dziesięć położnych daje jakiś częściowy obraz, na czym polega wykonywanie tego zawodu, w końcu to tylko dziesięć przypadkowych osób. ciekawe zagadnienia, ale cały utwór oceniam na takie 4