RZECZ O CZYTNIKU KINDLE

Moja potrzeba ograniczania przedmiotów wkroczyła właśnie w nowy wymiar. O ile nie miałam nigdy problemu z pozbywaniem się nieużywanych ubrań, kosmetyków, które się u mnie nie sprawdziły, czy innych mało przydatnych rzeczy, o tyle od mojej biblioteczki to się proszę trzymać z dala – tak sobie właśnie do tej pory myślałam.

Bo książki to moje oczko w głowie, a czytanie to tak właściwie jedyna prawdziwa pasja (w końcu jestem fachurą od literatury, no nie?). Z namaszczeniem przeglądałam dotychczas każdy nowy nabytek, zachwycając się co ciekawszymi okładkami, aż w końcu doszłam do wniosku, że nie potrzebuję wcale biblioteczki w wymiarze fizycznym. A zainspirowały mnie do tego książki średnie i słabe, które po przeczytaniu odkładałam na półkę. Na co mi egzemplarze, których już nigdy więcej nie przeczytam? Takim oto sposobem zdecydowałam się na zakup czytnika.

Jeszcze się nie przyzwyczaiłam. Jeszcze wkurza mnie, że nawigacja w czytniku nie jest tak płynna, jak w iPhonie – (nieświadomie wykonuję ręką ruchy zbliżone do tych przydatnych przy smartfonie). Nie podoba mi się, że okładki książek są czarno-białe, a przeglądanie zakreślonych fragmentów niewygodne i brzydkie. I ślinię się wciąż do normalnych książek w księgarniach.

Ale:

Bardzo rzadko wracam do raz przeczytanych już książek. Po pierwsze – szkoda mi czasu, po drugie – na bieżąco zapisuję sobie cytaty i interesujące mnie fragmenty, więc nie mam potrzeby, by sięgać do lektury raz jeszcze. Uwielbiam papierowe wydania, ale ostatecznie nie po to kupuje książkę, by pasowała mi grzbietem do koloru kanapy, ubarwiała salon czy udowadniała odwiedzającym mnie gościom, że w tym domu się czyta.

Powiecie – można książki kupować, a po przeczytaniu sprzedawać lub oddawać. No można i do tej pory właśnie tak robiłam (regularnie rozdaję książki znajomym i rodzinie, ostatnio oddałam za darmo na OLX ponad 50 egzemplarzy), ale ostatecznie takie rozwiązanie mnie nie satysfakcjonuje. A jakby nie patrzeć: dzięki Kindle mogę kupić książkę o każdej porze dnia i nocy (czyli poniekąd ziściło się moje marzenie o całodobowych księgarniach); podświetlany ekran być może pozwoli mi nie oślepnąć przed wiekiem starczym (czytam zazwyczaj nocami i to przy kiepskim świetle, przyznaję) i zaczęłam czytać jeszcze częściej – nawet jeśli za jednym zamachem przyswajam tylko dwie czy trzy strony, odpalenie czytnika przychodzi mi jakoś łatwiej i szybciej niż wertowanie książki.

Nie mówię jeszcze, że to związek na lata i że będą z tego dzieci.

Ale jak na pierwszy w życiu romans, zapowiada się całkiem ciekawie.