REMONT MIESZKANIA W STANIE DEWELOPERSKIM

Ponieważ ostatnio pierwszy raz w życiu sama (no, powiedzmy) koordynowałam remont mieszkania w stanie deweloperskim, uznałam, że to dobra okazja, żeby podzielić się z Wami kilkoma przemyśleniami.

 

  1. Wybór mieszkania. Mieszkania szukaliśmy dobre 2 lata. Na pamięć znałam już wszystkie inwestycje poszczególnych deweloperów i moglibyście wziąć mnie w środku nocy na odpytki, a ja bez trudu opowiedziałabym kto i gdzie we Wrocławiu buduje. W końcu kupiliśmy mieszkanie trochę przez przypadek – podobała nam się pewna inwestycja, ale wszystkie mieszkania z tarasem były już dawno wykupione. Pluliśmy sobie w brodę, że wcześniej nie zainteresowaliśmy się tym osiedlem i zapomnieliśmy o sprawie. Wtem – jedno z mieszkań z ogromnym, 90m tarasem zwolniło się – jego poprzedni właściciele w międzyczasie rozwiedli się i lokal z powrotem wrócił do dewelopera. Uznaliśmy to za znak – i wzięliśmy mieszkanie niemal w ciemno. Uważam, że była to dobra decyzja. Czasem tak jest, że przypadkowo kupione ubranie z perspektywy czasu cieszy najmocniej, a to, o którym myśleliśmy dniami i nocami okazuje się do nas źle dopasowane. No więc pomyślcie sobie, że ja chodziłam przez te ostatnie dwa lata za sukienkami w kwiaty, a kupiłam spodnie. I czuję się w nich fantastycznie. Może właśnie tak w życiu czasem trzeba.
  2. Projektant wnętrz. Zdecydowaliśmy się na współpracę z wrocławską pracownią projektową, bo o ile potrafię sobie przepinać inspiracje na Pinterest, o tyle nie potrafię łączyć ze sobą różnych elementów, w taki sposób, by tworzyły spójną całość. To, że ma się dobry gust (a tak o sobie myślę, przepraszam, jeśli kogoś zaskoczyłam) – w ogóle nie przekłada się u mnie na umiejętność tworzenia ładnego wnętrza – podobają mi się tylko pojedyncze rzeczy i za nic w świecie nie umiem ich ustawić, zestawić, sprawić, żeby całość wyglądała ok. I teraz tak. Czy polecam pracę z projektantem czy nie? I tak i nie. Gdybym teraz mogła cofnąć się w czasie – poprosiłabym projektantkę jedynie o wykonanie dokumentacji wykonawczej: czyli rozplanowania układów funkcjonalnych, zaprojektowania instalacji wodno-kanalizacyjnej, instalacji elektrycznej oraz zaprojektowanie ogólnego stylu mieszkania. To jednak miłe, kiedy ktoś za Ciebie obliczy, gdzie powinna wisieć lampa, o ile cm powinny być przesunięte drzwi od łazienki i dlaczego w kuchni lepszy będzie ceramiczny zlewozmywak. Jeśli chodzi jednak o wystój wnętrz, wydaje mi się, że wprowadziliśmy sami tyle zmian (to się dopiero okaże, czy dobrych), że tak naprawdę obeszlibyśmy się bez etapu wizualizacji itd.
  3. Remont. Zdecydowaliśmy się na ekipę budowlaną, co oznacza, że w mieszkaniu nie robiliśmy nic na własną rękę – nie malowaliśmy ścian, nie kładliśmy podłóg itd. Ma to oczywiście swoje plusy – bo nie odczuliśmy jakoś specjalnie mocno remontu, ma też minusy. Po pierwsze: na rynku jest jakiś szalony niedobór pracowników budowlanych, w związku z czym trzeba dość długo czekać na wolne terminy. Po drugie: nie bez powodu utarł się stereotyp nieterminowych budowlańców – choć my wzięliśmy ekipę z polecenia, nie obeszło się bez opóźnień (na moje oko wiele prac mogło zostać wykonanych o wiele szybciej). Szczerze mówiąc, do niedawna nie do końca rozumiałam teksty znajomych w stylu „remont mnie wykończył”, „mam szczerze dosyć remontu”, bo nie mieliśmy większych przygód i wpadek. Do ostatniego tygodnia. Tapeta do pokoju Niny przyszła krzywo wycięta, kurier pomylił się i podmienił jedną paczkę, w związku z czym zostaliśmy z łóżkiem sypialnianym bez stelaża, za to z dwoma zagłówkami; monterzy kuchenni z IKEI nie chcieli ruszyć palcem bez przedstawienia paragonu zakupu (choć mieli przy sobie opłacone zlecenie montażu) – a weź tu człowieku szukaj w całym przeprowadzkowym rozgardiaszu paragonów i próbuj coś wydrukować, kiedy kabel od drukarki powędrował już gdzieś do innego życia. No więc był w historii naszej przeprowadzki taki dzień, kiedy mi się wszystkiego odechciało. Nie, właściwie to chciało mi się bardzo jednego: płakać.
  4. Terminy. Gdzieś w okolicach marca mieliśmy gotowy projekt mieszkania, samo mieszkanie mieliśmy odebrać pod koniec kwietnia. Z perspektywy zimy i tego, że mieszkanie kupiliśmy jakoś w październiku, wydawało nam się, że mamy taaaaak dużo czasu. Nic bardziej mylnego. Gdybym wiedziała, że na większość mebli trzeba czekać 8 tygodni, a na te na wymiar nawet 12, nie ociągałabym się z decyzją tak długo. Efekt jest taki, że nie mamy jeszcze wielu rzeczy (np. szaf w przedpokoju i szafki do zabudowy w łazience) i bardzo mnie to denerwuje – nie można się do końca rozpakować i na dobre urządzić.
  5. Gdybym miała dać Wam jedną złotą radę dotyczącą remontu mieszkania, byłby to luz i zachowanie spokoju. Sama, dobre dwa tygodnie rozważałam wszystkie możliwe opcje podłóg drewnianych. jak gdyby miała być to kwestia życia i śmierci. Z pół roku obmyślałam zakup różnych mebli, a gdy przyszło co do czego, zdecydowaliśmy się na przypadkowe regały z Ikei. I wszyscy są zadowoleni. Mam wrażenie, że zbyt dużą wagę przywiązujemy często do rzeczy, które ostatecznie nie mają w życiu większego znaczenia. Pamiętajmy, że ostatecznie to tylko podłoga i ściany.