Read more books than blogs

Źródło
Zasadniczo, mam kota na punkcie książek: ulubione czytam po kilka razy, bezpańskie zabieram ze sobą, a później kocham jak własne, przed zaśnięciem muszę przeczytać choćby jedną stronę czegokolwiek, nawet jeśli zamykają mi się już oczy itd. Są jednak kwestie, które mocniej zaprzątają moją głowę:
1. Nie mam sumienia, by zostawiać w połowie i porzucać na pożarcie zakurzonym szafkom nawet najnudniejsze pozycje. I męczę się później z nimi straszliwie, bierzemy się co kilka stron za bary, bo przez cały czas naiwnie wierzę, że a nuż na samym końcu wydarzy się coś, co zwali mnie z nóg i sprawi, że wyskoczę z kapci. Jak się domyślacie niemal nigdy nic takiego nie ma miejsca. Zasada ta nie dotyczy totalnych gniotów, które wyczuwam już po kilku stronach/rozdziałach. Wyrzuty sumienia chowam do kieszeni, z torebki wyciągam smutek i żal po źle poczynionej inwestycji.
2. Nie lubię, kiedy jeden tytuł ma wiele różnych (twarzy) okładek. Ulubione książki chciałabym mieć w najładniejszych okładkach świata, to naturalne. Smutno mi panie, kiedy widzę doskonałą lekturę w bardzo słabej oprawie graficznej. A jeszcze bardziej mi smutno, kiedy z każdym nowym wydaniem okładka ulega metamorfozie i okazuje się, że ostatecznie na mojej półce leżakuje średnio atrakcyjny egzemplarz. I później dopada mnie deprecha, mam ochotę biec do księgarni i wydawać miliony monet na książkę, którą już mam w swojej kolekcji, a która przeszła lifting, botoks i bóg ją tam wie co jeszcze, bo kusi człowieka odpimpowanym designem, a stara zaczyna straszyć swoją facjatą. Ostatecznie jestem w stanie sobie wytłumaczyć, że przecież liczy się treść, co nie znaczy, że nie zerkam krzywo na Pana Tadeusza w takim wydaniu. Jestem za to ogromną fanką ujednoliconej estetyki wydawnictwa Penguin Books (jednak ładniej wygląda niż nasza swojska Biblioteka Narodowa).
3. Mówią, żeby książek nie oceniać po okładce, ale zdarza mi się odruchowo oceniać po tytule. Oczywiście to najgłupsze, co mogę robić, bo w ten sposób przegapiłam lekturę książki Traktat o łuskaniu fasoli, zanim ta została okrzyknięta arcydziełem czy Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem. Bywają tytuły idiotyczne, które zwyczajnie irytują: Dziewczyna w złotych majtkach, Kot, który wykradał banany, Rower przemocy, Mężczyzna, który zjadł boeinga, są też takie, które intrygują: Człowiek, który był czwartkiem, W Nieparyżu i gdzie indziej. Apogeum głupoty osiągają jednak tytuły książek dla dzieci: Nigdy nie uśmiechaj się do małpy i bardzo motywująca pozycja: Nic się już nie zmieni, kiedy dorośniesz. Część z pozoru idiotycznych tytułów znajduje swoje uzasadnienie w środku książek, część to niefortunny przekład z obcych języków, a pozostałe są prawdopodobnie tyle warte, ile cała książka. Wrodzona ciekawość nie pozwala mi jednak przechodzić obok nich obojętnie i bardzo często kończy się to nieciekawie – patrz punkt pierwszy.
Weźcie powiedzcie, że też macie jakieś dziwactwa, plis.