PRACA W SOCIAL MEDIA

DSC_0266

 

Praca w social media to nie jest zajęcie od poniedziałku do piątku od 8:00-16:00. 

Niby każdy o tym wie, ale w praktyce nie wygląda to już tak pięknie. Mój własny i osobisty Paweł pisał niedawno, że work-life balance nie istnieje. I ja się z tym zgadzam. Szczególnie w tak specyficznej branży, jaką są nowe media, sztuczne oddzielanie pracy zawodowej („o, wybiła godzina 17.00, to teraz dalej siedzę na fejsie, ale udaję, że nie widzę kanałów Klienta”) od sfery prywatnej jest trochę bez sensu. Nie mówię oczywiście, że zajmowanie się pracą 7 dni w tygodniu jest normalne i nie powoduje zmian na umyśle, ale co zrobisz. Taka branża. Osobiście nie wyobrażam sobie, żeby wieczorami czy w weekendy nie poświęcić 10-15 minut na sprawdzenie, czy na profilu marki, którą obsługuję w SM wszystko gra. Dla mnie to tylko kilka minut, ot. przełączenie się pomiędzy kontami – a dla budowania długofalowego wizerunku marki to ważny krok. Wyobraźcie sobie, że w piątek po południu na profilu linii lotniczych pytacie, czy bilet z literówką w nazwisku przejdzie, bo nazajutrz macie lot. Ktoś po drugiej stronie monitora ma – krótko mówiąc wyjebane – bo on to w weekendy nie będzie pracował – i odpisuje Wam dopiero w poniedziałek, gdy już po ptokach. A teraz pomnóżcie sobie liczbę tygodni przez potencjalnie niezadowolonych użytkowników, którzy nie otrzymali odpowiedzi na czas i wyjdą nam ładne straty nie tylko wizerunkowe, ale w konsekwencji również finansowe.

Pracując w SM trzeba być na bieżąco z życiem branży

Odwiedzam w sieci profile, które interesują mnie nie bardzo, albo wręcz w ogóle; śledzę poczynania blogerów tych, których lubię, ale i tych, za którymi nawet nie przepadam. Czynię to z prostej przyczyny – jako osoba, która odpowiada za strategię i komunikację danej marki w SM, czuję się zobowiązana do tego, żeby znać wszystkie aktualne trendy w sieci. Czyli: naturalnie wyczuwać moment, kiedy to już wstyd używać powiedzonka „uszanowanko” i lepiej zastąpić go czymś świeższym. Zachowanie użytkowników w social media, a już w szczególności komentarze są ogromnie przydatną dawką wiedzy przy planowaniu konkretnych kampanii, nie wspominając już o tym, że naturalniej i szybciej przychodzą nam pomysły do zrealizowania działań z pogranicza real time marketingu. W kwestii blogerów sprawa ma się podobnie – obserwując w sieci różnych twórców – mam szersze spojrzenie na całość. Wiem, kto jest aktualnie lubiany, a kto pomimo imponującego zasięgu nie cieszy się dobrą opinią. Kto współpracował w ostatnim czasie z marką konkurencyjną, a kto w ogóle wypowiada się niepochlebnie o współpracach komercyjnych i lepiej do niego nie podbijać. Dzięki temu, że każdego dnia jestem na bieżąco z życiem blogosfery, po pierwsze dysponuję bezcenną wiedzą, a po drugie nie muszę posiłkować się średnio przydatnymi rankingami popularności, bo niezbędne informacje posiadam we własnej głowie.

Praca w social media to nie tylko siedzenie na FB

Wiele osób spoza branży po usłyszeniu, że w firmie zajmuję się social media uśmiecha się i stwierdza, że to zajebista praca – przez cały dzień mogę sobie przecież siedzieć na FB. Żyć, nie umierać. No jednak nie. Post, który widzicie na swojej tablicy to produkt końcowy – działanie poprzedzone researchem, założeniami wypracowanej wcześniej strategii oraz współpraca z działem kreacji. Do tego wszystkiego dochodzi monitoring mediów społecznościowych, interakcja z użytkownikami, zarządzanie kampaniami reklamowymi.

Gary Vaynerchuk w swojej książce W market(r)ingu pisał: Recepta na sukces w social media? Praca wymaga serca, wysiłku, szczerości, nieustannego zaangażowania, poświęcenia i przemyślanego przekazu. Długo, długo dajemy coś od siebie, a dopiero potem dostajemy coś w zamian.

I niech ta wypowiedź będzie puentą tego tekstu.