PODSTAWY SPÓJNOŚCI WEWNĘTRZNEJ

Zastanawialiście się, czy w czasach, w których najczęściej wygrywają Ci, którzy potrafią najgłośniej krzyczeć i najmocniej rozpychać się łokciami, warto mieć w ogóle własne zasady?

Przyznam, że podziwiam osoby, które mają w życiu jasnookreślone przekonania i choćby nie wiem co – konsekwentnie się ich trzymają. Imponują mi ludzie, którzy bywają nieugięci w swoich racjach i nie dają się byle presji, bo są pewni wartości, w które wierzą. I tak, jak pisałam Wam o tym, że dyscyplina i pieniądze dają wolność, tak adekwatnie uważam, że solidnie wypracowany wewnętrzny regulamin zapewnia spokój ducha.

Słusznie można przypuszczać, że skoro na co dzień mamy tyle różnych problemów i dylematów, na cholerę dokładać sobie kolejnych ograniczeń w postaci żelaznych zasad, których – pod groźbą wręcz mitycznej kary – przestrzegać należy. Istnieje jednak o wiele więcej plusów posiadania takiego stanu rzeczy. Po pierwsze: walczenie z własnymi ograniczeniami dodaje siły – nikt nie mówi, że wstawanie o 5. rano lub bieganie w deszczu jest proste i przyjemne, ale za każdym razem, kiedy przełamujemy własną niechęć, stajemy się silniejsi, a satysfakcja bywa potem ogromna. Po drugie: określając jasno własne wartości, podejmowanie decyzji staje się oczywiste, co przy niemal niekończącym się w dzisiejszych czasach zakresie możliwości jest dużym ułatwieniem – automatycznie wiesz, że dana decyzja jest słuszna, bo wypływa z Twoich zasad. Po trzecie: brak ustalonych reguł sprawia, że nasze wszelkie działania zawsze będą podważalne i wątpliwe.

Poniżej kilka moich zasad, których faktycznie trzymam się w codziennym życiu:

  1. Nigdy się nie spóźniam. Uważam, że spóźnianie się to okazywanie braku szacunku dla drugiej osoby i jestem przewrażliwiona na tym punkcie. Czas przed wyjściem organizuję zawsze tak, by być chwilę wcześniej przed umówioną godziną – wolę dłużej zaczekać, niż nie być na czas. Oczywiście zdarza się, że moje plany diabli biorą, ale nigdy, przenigdy nie spóźniam się z własnej winy.
  2. Nie daję drugiej szansy. Tyczy się to przeważnie spraw zawodowych, ale nie tylko. Jeśli z jakiegoś powodu rezygnuję ze współpracy z danym klientem, nigdy – nawet pod pretekstem pracy za duże pieniądze – do niego nie wracam. Kilka razy w życiu skusiłam się na powrót i nic dobrego z tego nie wyszło – w końcu z jakiejś przyczyny rozstaliśmy się za pierwszym razem. Oklepane, bo oklepane, ale wciąż prawdziwe powiedzenie, by nie wchodzić dwa razy do tej samej rzeki, stosuję również w innych, życiowych sytuacjach.
  3. Robię coś od razu. To ja jestem tą dziewczyną, która pierwsza z całego roku wchodzi na egzamin ustny. Oraz tą, która zapisuje się do dentysty na pierwszy wolny termin. Wszelkie sprawy uwielbiam doprowadzać do końca (i to najlepiej w jak najkrótszym czasie). Niewiele rzeczy w życiu okazuje się tak dobrymi, jak tego oczekujemy, by odwlekanie ich w czasie miało jakikolwiek znaczenie.
  4. Ufam własnej intuicji. Czasem wydaje nam się, że nie wiemy, czego chcemy, ani nie mamy pojęcia, jakie rozwiązanie jest dla nas najlepsze. A ja uważam, że w głębi duszy – z dala od tego, co pomyśli mama albo tata – każdy z nas doskonale wie, co jest dla niego dobre. I tego głosu, tam, z tyłu głowy nie warto lekceważyć.

Spokój wewnętrzny jest efektem życia zgodnego z prawdziwymi zasadami i wartościami. Zgodzicie się?

  • Weronika Szymczak

    Prawda, ale nie tak używa się zwrotu „wchodzić dwa razy do tej samej rzeki”. Chodzi o to, że sie nie da, bo „pantha rei”, a nie że się nie powinno.

    • Wiem :) Rozumiem znaczenie tego przysłowia, choć z mojego zdania może to nie do końca wynikać :)

  • Emilia Maciejewska

    Zgadzam się z tym, co napisałaś. Podejmowanie decyzji jest bardzo proste, gdy ma się jasno określone priorytety i zasady. Doświadczam tej łatwości – nawet czasem ulgi i poczucia, że mogę mieć w nosie co o tym ktoś pomyśli – zawsze gdy odmawiam czegoś co nie do końca mi pasuje np. wyjścia na huczną imprezę w sobotę gdy w niedzielę zaplanowałam trening biegowy. Dalsi znajomi się dziwią, Ci bliżsi kibicują i rozumieją. Takie zasady są też niezłym wskaźnikiem, które relacje są dla nas dobre.

  • Niespóźnianie się! Czemu wszyscy nie mają takiej zasady – ileż by to ułatwiło!
    Ja niestety trochę prokrastynuję, ale oczywiście nic dobrego z tego nie ma. I daję nadmierną ilość kolejnych szans…

  • Zazdroszczę punktu numer 3, to jest bardzo dobra cecha. Też dążę do takiego zachowania – raz wychodzi, raz nie :)
    Z drugą szansą mam podobne podejście w życiu zawodowym, ale w prywatnym nie: zwykle są u mnie dwie szanse, trzecia i czwarta już nie. Raz każdy może się potknąć, ale z dwóch robi się niebezpieczny trend.

  • Widze, ze sporo mamy wspolnych zasad. Wlasciwie to prawie wszystkie.
    Spokoj wewnetrzny to cos o co walcze w ostatnim czasie. Probuje dokonywac decyzji swiadomie biorac pod uwage swoja intuicje, a takze mozliwosci.
    Posiadanie wlasnego zdanie wcale nie jest takie latwe, tyle mamy zewnetrznych bodzcow dookola, ktore czesto sa ze soba sprzeczne, ze nie wiadomo do konca jak sie zachowac. Dazyc do sukcesu? Dzialac? Zyc w rytmie slow? Podrozowac? Byc fit?

  • Za punkt 2 podziwiam. Ja jestem za miętka :)

  • Mam podobnie :) Zdecydowanie zgadzam się, że stwierdzeniem, że „solidnie wypracowany wewnętrzny regulamin zapewnia spokój ducha”. To tak jakby czuć, że nieustannie masz się, na czym oprzeć. Nic tak nie uspokaja! Pozdrawiam!

  • Też się nie spóźniam i bardzo irytuje mnie to, gdy ktoś nie przychodzi punktualnie na wcześniej umówione spotkanie. Ale to jest chyba w dużej mierze kwestia wychowania :)

  • Zgadzam się w zasadzie połowicznie. Z punktem 3 i 4 się zgadzam i stosuję.
    Co do spóźniania… Cóż, kiedyś miałam z tym duży problem. Ale wypracowałam sobie (dosyć późno, ale jednak) dobry tryb, który pozwala mi zawsze być na czas (czyli w zasadzie przed czasem). I nawet jeśli ktoś się spóźnia, to mnie to nie denerwuje. Podejrzewam, że to forma autopokuty „za te wszystkie lata mojego grzechu” ;)

    Co do drugiej szansy, wszystko zależy od tego, jaka jest skala spartaczenia danej sprawy. Zgodzę się, że w kwestiach zawodowych nie warto być „miętkim”, w innych, chyba trzeba to rozpatrywać indywidualnie.

  • Wow! Naprawdę za każdym razem, kiedy tutaj jestem, opada mi szczęka i wypełnia podziw. To cudowne, że tworzysz takie moejsce. To cudowne, że masz swoje zasady. To cudowne, że się tym z nami dzielisz!

    • Jadwiga, dziękuję! To chyba jeden z najprzyjemniejszych komentarzy, jaki o sobie w ostatnim czasie przeczytałam :*