PODRÓŻOWANIE Z NIEMOWLAKIEM. (I Z PSEM).

Pamiętam, jak w początkach swojego macierzyństwa z hukiem zamykałam wszystkie blogi, które próbowały przekonać mnie, że z małym dzieckiem można podróżować i że można robić to bezboleśnie. Byłam wtedy na etapie, gdy wyjście do sklepu z wrzeszczącym niemowlakiem było dla mnie niczym wyprawa w kosmos. I nie piszę tego z przymrużeniem oka, ja naprawdę bałam się gdziekolwiek wychodzić.


I choć początki były baaaardzo trudne, pierwszą podróż z noclegiem poza domem zaliczyliśmy, kiedy Nina miała 3 msc. Nasze wyjazdy nie są jakieś spektakularne, bo póki co nie wyjeżdżamy wspólnie nawet  za granicę, ale nie da się też ukryć, że nie siedzimy w domu. Ba, wbrew pozorom podróżujemy więcej, niż w życiu przed rodzicielstwem. I to z bardzo prostej przyczyny. Nie, że chcemy komukolwiek udowodnić, że można i że się da. Ale dlatego, że – szczególnie ja –  nie mogę już wysiedzieć z dzieckiem w domu – a poza domem czas szybciej płynie, pojawiają się nowe bodźce, motywacje do działania. Oraz po tygodniach spędzonych w kaszkach i pieluchach, odradza się we mnie chęć do życia.

Sposoby, które do tej pory się u nas sprawdziły:

  • jeśli planujemy podróż samochodem – bez względu na to, ile będzie trwać – czekamy mniej więcej do pory drzemki dziecka. Czyli, jak wstało o 9.00, to nie pakujemy się o 9:15 do auta, tylko spokojnie czekamy np. do 12.00, żeby dziecko zdążyło się zmęczyć. Wtedy mamy niemal 100% pewność, że bobas kilkanaście minut po odpaleniu silnika, zaśnie. Kierujemy się zasadą: ciśniemy, dopóki dziecko śpi. Czyli – jedziemy tak długo bez postoju, jak się da – niech nie zwiedzie Was ten opis, bo normalnie oznacza to maksymalnie 2, w porywach do 2,5h. Kiedy dziecko zaczyna już marudzić, należy zrobić natychmiastowy przystanek – już się nauczyliśmy, że nie możemy zwlekać, szukając odpowiedniego zajazdu, bo niewinne marudzenie bardzo szybko przeistoczy się w dziki szloch. Naprawdę nikt tego nie chce. Fajnie przed podróżą poszukać na mapie miejsc, w których można się zatrzymać na trasie, żeby mieć jakikolwiek punkt odniesienia i nie spędzić tego czasu w McDonald’s. My dodatkowo podróżujemy z psem, więc często bywa i tak, że zostajemy odprawieni z kwitkiem (najczęściej ze stacji benzynowych). Wracając do postoju. Robimy długi, min. 1-godzinny, żeby dziecko rozprostowało nogi i kręgosłup (nawet jeśli oznacza to noszenie go na rękach) + najczęściej jemy jakiś posiłek. Po takiej dłuższej przerwie ruszamy dalej – dziecko najczęściej idzie dalej spać. Nie podróżowaliśmy do tej pory dalej niż do miejsc oddalonych od nas o 7h drogi, więc nie powiem Wam, jak w takich sytuacjach sobie radzić. Ale w przypadku tras 500-600 km, wystarcza nam jeden długi przystanek. (Nie testowaliśmy też jeszcze podróżowania z dzieckiem nocą).

  • co ze sobą zabieramy, a czego nie? Analizując nasze dotychczasowe wyjazdy wychodzi mi, że im dziecko mniejsze, tym więcej ekwipunku trzeba ze sobą zabrać (już nawet nie wspominając o wózku-gondoli, który potrafi zająć cały bagażnik). Aktualnie trochę się wycwaniliśmy i nie wozimy już wózka (wystarczy Tula), ani wanienki (z siedzącym dzieckiem nie ma problemu, by wykąpać je w misce lub w wannie). Dalej zabieramy jednak bujak i standardowo: jedzenie, butelki, ubrania, leki oraz kilka ulubionych zabawek.
  • co do wyboru miejsca noclegowego. Ku mojemu niezadowoleniu (bo jednak bardziej jestem fanką hoteli, albo bardziej: hotelowych śniadań), przy rodzinnych pobytach razem z niemowlakiem znacznie bardziej sprawdzają się prywatne apartamenty (tu kłania się np. airbnb). Masz tu przeważnie więcej niż jedno pomieszczenie (co w hotelach nie jest taką oczywistością), dostęp do kuchni i przede wszystkim: o wiele więcej przestrzeni – a więc, kiedy Twoje dziecko wieczorem zaśnie, nie jesteś zmuszony siedzieć cicho i bez ruchu, bo zawsze możesz je ulokować w pokoju obok. Takim też sposobem wylądowaliśmy ostatnio w ArtHouse Pelnik (zaprosił nas serwis Slowhop) na Warmii, gdzie do dyspozycji mieliśmy cały dom z kuchnią, dwoma łazienkami, salonem z kominkiem i trzema sypialniami. A do tego taras z ogrodem (Elvis był zachwycony). Z tymi wszystkimi bagażami, z dzieckiem i z psem – było nam zwyczajnie bardziej komfortowo niż na 20m w hotelu (co nie znaczy, że takie wyjazdy już zupełnie wybiliśmy sobie z głowy, nie).

Podsumowując: nie będę Wam pisać, że podróżowanie z małym dzieckiem jest łatwe. Nie, nie jest. Ostatnio cierpliwość skończyła mi się po 30 km jazdy w akompaniamencie płaczu Niny i żałowałam, że zdecydowaliśmy się gdziekolwiek jechać. Większość swoich planów musisz dostosować do planów Twojego dziecka (a one często bardzo się ze sobą nie pokrywają); dodatkowo wyjazdy sprzyjają zaburzeniom rytmu Twojej pociechy, co oznacza, że być może postanowi zrezygnować z dziennych drzemek. Ale jeśli te wszystkie niedogodności są ceną za uwolnienie się z domowych czterech kątów (no ileż można?), to ja to kupuję. I dziwię się sobie, że w czasach bezdzietnych potrafiłam marudzić, że gdzieś jest za daleko, że mi się nie chce i że na pewno nastanie lepszy moment.

Dziś mi się chce, bo już wiem, że czekanie na idealne okoliczności to zwykłe marnowanie czasu.