Patent na pakowanie

Wpis jest efektem współpracy z marką Max Factor

Ostatnimi czasy odkryłam Amerykę i postanowiłam przy najbliższym pakowaniu, przygotować dla siebie całe zestawy ubrań łącznie z dodatkami. Niby banał, a jednak dojście do tego tricku zajęło mi ćwierćwiecze z hakiem. Wypróbowałam patent podczas dwóch ostatnich wyjazdów i jak się domyślacie, jestem zachwycona. Na podstawie doświadczeń z wcześniejszych wojaży, śmiało mogłabym opowiedzieć Wam o tym jak się nie pakować, bowiem mój dotychczasowy system odbywał się na zasadzie chybił – trafił, kiedy z komory maszyny losującej zwanej szafą wybierałam kolejno kilkanaście ulubionych ubrań, które ostatecznie wcale nie tworzyły zgranych całości. Teraz nie czekam na zwolnienie blokady i losowanie, tylko biorę los w swoje ręce.

Z powodzeniem mogę jednak zaoszczędzić Wam bólu przy pakowaniu wakacyjnych bagaży i podpowiem, jakie rzeczy śmiało możecie pominąć przy kompletowaniu ekwipunku:
1. Mapa – po pierwsze: wakacje i zwiedzanie nowych miejsc są od tego, by się trochę zgubić, zabłądzić, i zboczyć z utartego szlaku naszych myśli. Po drugie: zrób sobie urlop od intensywnego myślenia. Czy muszę przypominać, że składanie mapy jest równie wymagające, jak układanie kostki Rubika?
2. Suszarka – lato tym się właśnie odróżnia od innych pór roku, że możesz m.in. wyjść na dwór z mokrą głową, a włosy same wyschną w słońcu i na wietrze. Jeśli taka opcja nie wchodzi jednak w grę, bo matka natura wyposażyła cię w kołtun niesprzyjający naturalnym metodom – nie martw się, w każdym szanującym się hotelu jest na stanie suszarka. Jeśli jej nie ma, no to peszek. To znak, że tego lata po prostu będziesz się źle prowadzić.
3. Jedzenie – są ludzie, którzy jadą na drugi koniec Europy, po to by zajadać się tam zupką chińską Amino lub pasztetem prochowickim. Ja wiem, że oszczędność, tryb backpackerski mode on itd., ale czy urlop i wakacje są od tego, by głodować lub żywić się w ten sposób (nie to, że mam coś do pasztetu :D). A może warto zrezygnować z pójścia do muzeum i zjeść zajebisty obiad, który będziemy wspominać długimi zimowymi miesiącami. Albo stołować się w małych, miejscowych knajpkach – wcale nie wyjdzie tak drogo!

Na zdjęciach nieprzypadkowo znalazły się cienie do malowania oczu. Chciałabym, byście pamiętali, że na moim blogu każda forma reklamy, za którą dostaję pieniądze jest oznaczona. Jako czytelniczka nie dzierżę, kiedy ktoś wciska mi, że któryś element w notce znalazł się tam zupełnie naturalnie. Wystarczy przecież przebiec się po skrawku blogosfery czy mediów internetowych, by szybko zauważyć, że to nagły wzrost popularności danego produktu to jednak element kampanii reklamowej, a nie przypadek (przykład: make fashion easier).

Recenzja cieni Wild Shadow Pot marki Max Factor
Kilka notek wcześniej pisałam o tuszu do rzęs Wild Mega Volume, tym razem biorę na celownik cienie do powiek. Żaden ze mnie specjalista od make up’u, więc opowiem Wam o produkcie z perspektywy bycia przeciętną kobietą, która odróżnia puder sypki od transparentnego, a w kosmetyczce ma zaledwie trzy różne pędzle do modelowania twarzy. 
W przesyłce otrzymałam 12 pojedynczych cieni (na zdjęciu możecie zobaczyć kilka identycznych odcieni, jednak różnią się one wykończeniem: jedne są satynowe, inne połyskujące), które na dzień dobry zachwyciły mnie swoją stonowaną i dosyć ograniczoną paletą barw. Uznaję to za atut, bo mam również w szufladzie paletę z 80-kolorami i zamykam ją za każdym razem zrezygnowana. Tutaj nie mamy tego problemu. Pojedyncze opakowania mogą jednak sprawić trudność w podróży – zajmują jednak trochę miejsca w kosmetyczce. 
Nie zastosowałam się do zaleceń producenta i mimo wszystko cienie nałożyłam na sucho. Zależało mi raczej na delikatnym efekcie i owszem, udało się taki uzyskać. Mogę śmiało stwierdzić, że cienie nie osypują się w trakcie malowania i trzymają na powiece przez długi czas. Moje ulubione odcienie, to: 55 (ciepły brąz) oraz 25 (delikatny róż). Czaję się jeszcze na ten piękny seledyn, choć do tej pory nie wymyśliłam z czym go ugryźć.
Podsumowując: jestem na tak! Cienie występują w ciekawych kolorach, są dobrze napigmentowane i nie osypują się, jednak trudno byłoby mi znaleźć dla nich element wow, wyróżniający je spośród innych produktów tej półki. Minusem jest według mnie cena (ok. 30 zł/2g).