PAŁAC OSOWA SIEŃ

Ostatni weekend spędziliśmy na pograniczu Lubuskiego i Wielkopolski, 3 km od Wschowy, 20 km od Leszna, 110 km od Wrocławia: w Pałacu Osowa Sień.

Do Osowej Sieni zajeżdżamy późnym wieczorem (dla rodziców 1,5 rocznego dziecka późny wieczór to 21.30, żebyśmy mieli jasność). Jest ciemno, choć trzeba przyznać, że małe latarenki oświetlające parkową aleję robią wszystko, żeby nam pomóc w dotarciu do celu. Na tarasie przed pałacem czeka ona – ubrana w powłóczystą sukienkę oraz pantofle, i on, wysoki amant w eleganckiej koszuli i takichże spodniach. I siedzą przy stoliku, popijając w półmroku wino. I jest to klimat rodem z Call me by your name (swoją drogą jestem chyba jedyną osobą, której ten film się nie podobał) i są to: Jamie i Mateusz, nowi gospodarze Pałacu Osowa Sień, a ja bardzo żałuję, że wyglądam, jak wyglądam oraz, że jestem tylko w marnych jeansach.

Po krótkim: jak minęła podróż, jak dziecko, jak pies, czy jesteśmy zmęczeni, skąd przyjeżdżamy – wtaszczyliśmy swoje za duże, jak na dwa dni pobytu bagaże i pomknęliśmy na trzecie piętro, gdzie czekał na nas dwupoziomowy apartament Holunderzeit (Czasem dzikiego bzu) – trzeba Wam wiedzieć, że wszystkie pokoje zostały nazwane tytułami książek. A czyich, to już za chwilę napiszę.

Pałac, w którym przez dwie noce przyszło nam spać, zbudowano na przełomie XIX i XX wieku; do 1945 zamieszkiwany był przez kolejnych właścicieli, by po II wojnie światowej przejść w posiadanie m.in. Hodow­li Zwierząt Zarodowych Osowa Sień Sp. z o.o. Później było tu równie wesoło: w budynku zorganizowano przedszkole oraz szkołę podstawową. Nie da się jednak nie napomknąć o mieszkańcach tego miejsca – ostatnim właścicielem pałacu był Lothar von Brandenstein, który mieszkał tu z rodzinką. Jego 93-letnia dziś córka Jolanthe (przydomek literacki: Leonie Ossowski)  jest autorką kilkunastu książek. Część z nich opowiada o latach spędzonych w rodzinnej miejscowości z pałacem w roli głównej (do najpopularniejszych dzieł zaliczyć można książkę Wilcze Jagody).

Jeśli podczas oglądania moich zdjęć zastanawiacie się, czy na żywo w pałacu również jest tak ładnie, odpowiadam, że i owszem. W budynku zachował się – przedzielony na parterze sienią – pierwotny układ dwutraktowy (czyli że są dwie klatki schodowe); ostały się również ceramiczne posadzki i arabeski. Cała reszta – w tym efektowny wystrój wnętrz – to praca nowych właścicieli. Do moich ulubionych miejsc w pałacu należy 5-kondygnacyjna wieża, na której znajdują się cztery mini-saloniki, każdy w innym klimacie. (Paweł miał zabawną sytuację związaną z tym miejscem! Nocą, kiedy siedział i pracował w najwyżej położonym pomieszczeniu wieży, natknął się na parę, która zmierzała w tym samym kierunku, z zamiarem przedłużenia gatunku. Rym niezamierzony).

Podobały mi się również wszystkie pomieszczenia na poziomie I: jadalnia z salonikiem do picia kawy i herbaty, wspólny salon z pianinem i kominkiem, pokój z ogromnym stołem (do dziś nie odkryłam jego funkcji) oraz udogodnienia ze strony hotelu: możliwość przyjazdu z psem (o, jak ja to szanuję!) i z dzieckiem. Co do dzieci – w pałacu znajduje się jeden apartament typowo familijny (w środku dostępne są zabawki, stolik dziecięcy, bujany słoń itp.), w pomieszczeniach wspólnych również dostępne są różne zabawki i gry dla dzieci + podczas posiłków (a serwują tu tylko śniadania) najmłodszy gość otrzymuje własną zastawę, wysokie krzesełko oraz gustowny śliniak. Dziękuję w imieniu Niny, bo bardzo to wszystko było miłe.

Do Pałacu Osowa Sień wybraliśmy się dzięki uprzejmości serwisu Slowhop.