ON MY MIND

Nowa Zelandia (1)

Dobry wieczór Państwu! Z okazji wiosny przybywam z nowym wpisem, w którym ciskam luźnymi myślami na lewo i prawo, i który śmiało mógłby nosić podtytuł: Stanisław Jerzy Lec w spódnicy.

Dziś było ciepło. Po raz pierwszy od kilku miesięcy pomyślałam, że jesteśmy uratowani. Wiatr przestał mną pomiatać, słońce weszło w niepisany pakt z moją głową, rzucając włosom od niechcenia kilka ulotnych refleksów. Ponoć do twarzy mi w jasnym.

Wbrew pozorom to wcale nie wstęp do Dzienników okrętowych, a próba oddania rzeczywistości taką, jaka ta jest. Na wypadek, gdybym w przyszłym roku zmęczona długą zimą, szukała we własnych słowach potwierdzenia, że sezon beznadziei nie potrwa wiecznie. A więc notuję, dla siebie, dla potomnych, że to już.

*

Ludzie są identyczni. Co rusz spotykam kogoś o czyimś uśmiechu; obce twarze z dobrze znanymi rysami. Znajomy głos potrafi zaskoczyć w autobusie, warzywniaku, na basenie, nie dając potem głowie chwili wytchnienia w nieustannym skanowaniu prywatnego archiwum. Każdy kogoś przypomina. „Ludzie dzielą się chyba tylko na tych, którzy lubią jabłka, i na tych, co nie znoszą jabłek”.  (M. Hłasko)

*

Wszyscy jesteśmy utalentowani. Jedni mają lekkie pióro, inni lekką rękę do wydawania pieniędzy. (Czy oba dary jednocześnie brać już za objaw geniuszu?).

*

Nic nie wychodzi mi w życiu lepiej od nawiązywania relacji z wyrobami cukierniczymi. O ptysie nadobne, eklery przenajświętsze!

*

Uwielbiam planować. Serio, jestem jednym wielkim chodzącym plannerem. Zaraz po tym, jak zamówiłam bilety lotnicze do Kopenhagi, godzinę spędziłam przemierzając wirtualnie miasto w Google Maps w poszukiwaniu miejsc, które zobaczę, odwiedzę, sfotografuję. Dacie wiarę? Najchętniej z wielkim wyprzedzeniem planowałabym wszystko – od tego, co zjem na śniadanie kolejnego dnia, po to, co będę robić za 30 lat. I tak, jak pisałam, że dyscyplina zapewnia mi wolność, tak ustalanie i pewnego rodzaju harmonogram pozwalają mi zachować spokój ducha. Wierzcie lub nie – nie ma to nic wspólnego z brakiem spontaniczności. Za to z możliwością wyprowadzenia mnie z równowagi w przypadku niepowodzenia, już tak.

*

Moje pytanie na dziś brzmi: czy potrafimy jeszcze zachwycać się światem bez wyciągania telefonu komórkowego z torebki?