O MIŁOŚCI DO OGRANICZEŃ SŁÓW KILKA

DSC_0055

Znacie to uczucie, kiedy wybieracie się na zakupy w poszukiwaniu idealnej sukienki, przemierzacie piętnaście sklepów i ostatecznie do domu wracacie z pustymi rękoma?

Podczas gdy w analogicznej sytuacji (pomijając sukienkę, rzecz jasna) Wasz facet już w pierwszym sklepie znajduje wymarzoną rzecz i ani widzi mu się szukanie lepszej opcji? Jeśli wiecie o jakim rodzaju emocjach mówię, to z pewnością zgodzicie się też ze mną w stwierdzeniu, że w niektórych sytuacjach fajnie byłoby być jednak facetem.

Nie wiem skąd się to wzięło, naprawdę nie wiem – ale scenariusz podejmowania decyzji niemal zawsze wygląda u mnie tak samo. Dajmy na to, że potrzebuję nowej torebki. W głowie mam wizję tego, jak powinna wyglądać, jakie funkcje spełniać i ograniczona możliwościami własnego konta oszczędnościowego wiem, ile maksymalnie może kosztować. Wchodzę do jednego sklepu, drugiego, piątego. Mierzę egzemplarze, które wpadną mi w oko i nawet, jeśli są bliskie ideału (realizują wszystkie założenia, z którymi wyszłam z domu), odkładam je na miejsce i idę szukać dalej. Przemierzam jeszcze kilkanaście innych salonów, a później jeszcze cały World Wide Web, żeby upewnić się, że nigdzie na świecie nie ma lepszego modelu od tego, który upatrzyłam sobie w sklepie numer dwa. Normalny człowiek z miejsca wziąłby i dokonał transakcji. Mnie, myśl że dzień po zakupie znajdę coś lepszego, tańszego, bardziej odpowiadającego własnym potrzebom, skutecznie przymusza do nieustających poszukiwań. I dopiero, gdy przeczeszę naprawdę wszystkie możliwe opcje, decyduję się na zakup.

Bardzo często zdarza się, że tak długo zwlekam z podjęciem decyzji, że zastaje mnie przysłowiowa zima. Co w wolnym tłumaczeniu oznacza np. tyle, że od dwóch lat kupuję strój kąpielowy, jak i drugi sezon chodzę w kurtce, której szczerze nienawidzę, ale nie mogę znaleźć tej idealnej. I weź znajdź tu człowieku cień logiki…

Według B. Schwarza, autora książki o najbrzydszej okładce świata (niespecjalnie polecam) jestem maksymalistką, a więc taką osobą, która szuka tylko tego, co najlepsze i każdorazowo musi być pewna, że podjęta decyzja jest najlepsza, jaką w danej chwili mogła podjąć. A jedyną drogą do osiągnięcia takiej pewności jest sprawdzenie wszystkich alternatyw.

Przeciwieństwem maksymalistów są satysfakcjonaliści, czyli wszyscy ci, którzy zadowalają się tym, co jest wystarczająco dobre i jeśli dany produkt / rzecz spełnia ich kryteria, nie zawracają sobie głowy możliwością, że gdzieś indziej może być coś lepszego.

Szeroki zakres możliwości zmusza do wysiłku i jednocześnie zniechęca, finalnie zmniejszając radość z efektu. Często powtarzam, że mnie akurat od przybytku głowa boli, bo nie znoszę mieć czegokolwiek w nadmiarze. Wyobraźcie sobie mój ból, kiedy jestem w dużym mieście za granicą i spośród setek świetnych knajp muszę wybrać restaurację, w której zjem obiad. Kończy się na tym, że kluczę godzinę pomiędzy lokalami (żeby czasem nie przegapić tej najlepszej), a i tak ostatecznie cumuję w jakiejś przypadkowej, bo głód wszczyna w moim organizmie niemy strajk. Do dziś nie nauczyłam się, żeby takie rzeczy ogarniać przed wyjazdem.


Albert Camus pytał: Czy mam się zabić, czy wypić filiżankę kawy? – jasno dając do zrozumienia, że wszystko w życiu jest wyborem i że zawsze istnieją jakieś alternatywy. A więc jak, w czasach gdy marketing i reklama powodują, że ignorowanie innych wariantów staje się niemożliwe oraz na etapie gdy stale otwarci jesteśmy na nowe, lepsze możliwości, wciąż pełnoprawnie cieszyć się życiem?

Może Wy wiecie?