Lubię, kiedy kobieta…

Bywają jesienią takie dni, kiedy poziom dopaminy trzeba sztucznie pompować czekoladą albo innym dopalaczem, ale są i takie, kiedy budzisz się i od pierwszych chwil czujesz, że dzisiaj zasługujesz na wszystko. Są poranki, kiedy patrzysz w lustro i widzisz aliena (to nie kurtuazja, wszak my kobiety posiadłyśmy niezwykle użyteczną umiejętność maskowania się), ale są i takie, kiedy przyglądasz się swojemu odbiciu i myślisz: błagam cię kobieto, jesteś najlepszą dupą w tej wiosce! Zdarzają się momenty, kiedy uliczne graffiti skłania cię do refleksji (Nie ponoszę winy za Kaczyńskich, Są kobiety i są ludzie, Widzew kuca przy siku), ale są i takie, kiedy twój spuszczony wzrok nie wyłapuje napisów na murach, które wtapiają się w miejski krajobraz. Jesienna melancholia przylgnęła do mnie ciasno. Doskonale wyważona, subtelna i dostojna jak nigdy, weszła za kołnierz, pod rękaw i w nogawki, więc nie miałam wyjścia, wzięłam ją i przygarnęłam jak własną – życie to jeden wielki kompromis. Polubiłam to: nieśmiałe słońce, deszcz, który spycha z ubrań ostatnie resztki koloru, wieczory pod kocem i z książką.

Życie jest piękne, a jesienią pachnie jabłkami.

Soundtrack do wpisu: Lubię, kiedy kobieta