KOPENHAGA ZIMĄ

IMG_2007

To mój trzeci pobyt w Danii. Pierwszy raz byłam tu na Roskilde Festival, później odwiedziłam Kopenhagę w ramach wydarzenia ECCO Walkathon, a dziś jestem tu z przesłanek serca, które po miesiącach szarugi chciało zachłysnąć się czymś pięknym i tak długo zawracało mi głowę, że stwierdziłam dobra, pakuj się, jedziemy.

Powiem to otwarcie: mam słabość do stolicy Danii. Często zakochuję się w miastach (w niektórych nawet od pierwszego wejrzenia), ale nie z każdym z nich chciałabym od razu wchodzić w głębsze relacje i decydować się na wspólne zamieszkanie (a jeśli nie będzie po sobie zmywał?). Z Kopenhagą jest inaczej – to taki związek z rodzaju tych szalonych, w którym człowiek po kilku godzinach razem jest w stanie pójść do ołtarza. I że aż do śmierci.

Bo kiedy masz ochotę wyciągać aparat przy każdej jednej kamienicy, odwracasz co chwilę głowę za fantastycznie ubranymi ludźmi (nie wiesz, gdzie podziewał się twój styl przez te wszystkie lata, ale na pewno nie wychowywał się w Skandynawii) i chciałbyś spędzić resztę życia odwiedzając codziennie jedną małą i uroczą kawiarenkę, to uświadamiasz sobie, że jednak jest coś na rzeczy. I jeszcze: dochodzisz do wniosku, że są na świecie miejsca, w których bez względu na odległość geograficzną i różnice kulturowe, czujesz się jak w domu (w tym przypadku mówimy o drogiej willi, Ferrari LaFerrari wśród wszystkich domostw).

Dziś podrzucam Wam migawki z pierwszego dnia naszego pobytu, a sama idę porozmyślać o tych wszystkich genialnych ubraniach, które widziałam i miejscach, których nie wiedzieć czemu nie mam wokół siebie na co dzień. Zostaję tu jeszcze chwilę, więc jeśli chcielibyście polecić mi coś, co koniecznie powinnam zobaczyć / ugryźć / zjeść / doświadczyć, proszę się nie krępować!

IMG_2043IMG_2065
IMG_2401
IMG_2406IMG_2421IMG_2424IMG_2427IMG_2429IMG_2434IMG_2435IMG_2436IMG_2438IMG_2442IMG_2444IMG_2447