KILKA REFLEKSJI NA TEMAT KSIĄŻEK

Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła – pisała Wisława Szymborska. Dziś dzielę się z Wami kilkoma luźnymi spostrzeżeniami odnośnie czytania i wszystkiego, co z nim związane. 

  • Nie czytam recenzji. Dawniej zdarzało się, że o zakupie danej pozycji decydowała opinia innych. Dziś już nie pozwalam sobie na tego typu fanaberie (i pomyśleć, że pewnie ominęła mnie lektura czegoś wspaniałego, tylko dlatego, że w sieci zebrała słabe opinie). Każdy z nas dysponuje tak zróżnicowanym gustem czytelniczym (na który wpływ ma naprawdę wiele czynników), że poleganie w tej kwestii na zdaniu innych jest czystym szaleństwem.
  • Wolę wersje papierowe od ebooków. Wierzę, że książka czytana na specjalnym czytniku może być ok, co nie zmienia faktu, że ja lubię książkę po prostu czuć w dłoniach.
  • Nie lubię, gdy w międzyczasie książka, którą posiadam już w swojej kolekcji, zyskuje nową, piękniejszą okładkę. Tak oczywiście stało się w większości dzieł klasycznych, które od swoich pierwszych wydruków zdążyły zmienić się wielokrotnie. No cóż, smutno mi się wtedy robi! Do dziś nie mogę przeboleć, że książki Joanny Bator posiadam w tej wersji, zamiast w tej.
  • Rzadko kiedy wracam do tych samych książek. I w tym momencie sens posiadania regałów zapchanych tomiszczami zaczyna mijać się z celem. Bo po co właściwie przechowuję te wszystkie egzemplarze? Dla własnej próżności? Żeby mieć na co popatrzeć podczas picia herbaty? Żeby zostawić kolekcję swoim dzieciom (a jeśli jej nie zechcą?). A może po to, by pożyczać książki innym? Nie zrozumcie mnie źle – kocham książki i nie wyobrażam sobie domostwa bez nich, co nie zmienia jednak faktu, że to zbieractwo nie ma jakiegoś głębszego podłoża. Naprawdę rzadko zdarza mi się wracać do już przeczytanych pozycji – każdego miesiąca wychodzi tak wiele nowych książek, że stratą czasu wydaje się ślepe przywiązanie do już znanych dzieł.
  • Nie piszę recenzji za pieniądze. Zdarza się, że dostaję od wydawnictw egzemplarze recenzenckie, ale za ewentualne podzielenie się z Wami swoją opinią, nigdy nie biorę pieniędzy. Nazwijcie to frajerstwem – ja nie potrafię, gdzieś tam z tyłu głowy pozbyć się myślenia, że skoro dostaję za wpis duże pieniądze, powinnam – nawet na siłę – znaleźć jakiekolwiek plusy danej książki. A bardzo często zdarza się, że nowości podsyłane mi przez wydawnictwa są bardzo słabe. Czułabym się fatalnie, wmawiając Wam, że jest inaczej. A tak przynajmniej mam czyste konto. Dosłownie.
  • Szkoda mi porzucać książki w trakcie czytania i męczę się okrutnie do końca z nadzieją, że coś się rozkręci. To moja najgorsza wada! A jeśli nie daję rady dotrzeć do końca, linią graniczną jest minimum 50. strona.
  • Nie czytam poezji – nie wiem jak to się stało, ale w ogóle przestałam czytać wiersze, a przecież w czasach licealnych właściwie nimi żyłam! Co prawda od czasu do czasu wpadnie mi w ręce jakiś tomik, ale to już nie to samo.
  • Nie lubię u siebie manii gromadzenia nowych książek. Mam na myśli ten moment, kiedy właśnie kupiłam trzy nowe lektury, nie zdążyłam ich nawet otworzyć, ale dwa dni później w księgarni dokupuję kolejne dwie (bo tak!). Czy da się jakoś tego oduczyć?
  • Nie piszę po książkach. O broń cię, Panie Boże! Wiem, że niektórzy lubią w swoich egzemplarzach zakreślać cytaty, spisywać na marginesach uwagi, polemizować z autorami. Nie ze mną te numery! Wybrane fragmenty przykładnie przepisuję do osobnych zeszytów. A już nawet nie chcecie widzieć mojej zatroskanej miny, jak się coś zagnie, zabrudzi, zniszczy! Katastrofa!

Aktualnie czytanymi książkami na bieżąco dzielę się z Wami na Instagramie, a przy okazji tego wpisu chętnie poczytam o Waszych przyzwyczajeniach, nawykach i bolączkach związanymi z czytaniem i książkami. Dajecie!