just let go

To już nie jest kwestia mieć czy nie mieć, tylko co mieć (S.Chutnik)

Godzina 8 rano, jak bóg pies da, to i nawet 8.30, wychodzę z kokonu kołdry (Ikea, kolekcja EMMIE SÖT), idę do łazienki. Myję zęby pastą Elmex, dłonie zanurzam w mydle Aleppo i odświeżona ruszam do kuchni. Odpalam czajnik bezprzewodowy, do kubka Ikea, model Lyda, wkładam herbatę Lipton i zalewam ją wodą (no name). Robię jajecznicę (jajka wiejskie, niestemplowane) z bekonem (Morliny), a potem myślę, że jestem niepoważna i mało posh, bo inni jedzą muffinki i inne fotogeniczne rzeczy (a nawet jeśli jedzą coś prymitywnie zwyczajnego, to i tak na Facebooku udają, że spożyli właśnie musli ze świeżymi truskawkami), a ja tu od razu tak z grubej rury. Ostatecznie głód zabija poczucie niższości, włączam wreszcie komputer oraz Internet i zaczynam przeglądać blogi. Nacinam się na kilka podrób bluzy Kenzo, ze dwie imitacje butów od Isabel Marant, które z dumą obnoszą na swoim ciele nawet najbardziej znane blogerki (po co być oryginalnym? To już niemodne). Natykam się jeszcze na zdjęcia znajomych z wakacji (Madera). W TVN-ie mówili, że tam pięknie. Czytam kilka mini-recenzji 50 twarzy Greya i zastanawiam się, jak to możliwe, że  te wszystkie laski ćwiczą i chudną z Chodakowską.
Idę do sklepu kosmetycznego z zamiarem wydania fortuny na lakier OPI. Mają go wszystkie blogerki, więc ja też powinnam go nabyć. W drogerii go nie ma i trochę oddycham z ulgą (no bo ta cena!), ale w ramach zaspokojenia potrzeby konsumpcjonizmu kupuję dwa lakiery (Miyo). Pierwszy raz przychodzi mi też do głowy, że daję się nabrać na te wszystkie reklamy i zabiegi marketingowe, na te sztuczki speców od public relations. Moim życiem rządzą marki.

A później myślę sobie jeszcze, jak to zawierzamy pewnym utartym schematom i stereotypom, które determinują nasze codzienne zachowania. Że z Biedry wychodzi się z żółtą reklamówką pełną obciachu, pieczywem gorszego sortu (na konsumpcję zasługuje tylko ten zrobiony na własnoręcznie wyhodowanym zakwasie). Ubraniami z miejskiego bazaru ostentacyjnie się gardzi, a przecież nie różnią się niczym od tych od Romwe czy innych Oasap, które zaraz po tym jak wywietrzymy z charakterystycznego zapachu, dumnie obnosimy na swoich barkach. Funkcjonujemy w przeświadczeniu, że telefon/samochód/komputer/telewizor należy wymienić na nowy (teraz, już, natychmiast!). Bo tak trzeba i wypada. Żyjemy w społeczeństwie, które pragnie luksusu po linii najmniejszego oporu (markowe ciuchy tylko z outletu, wakacje w Egipcie, miejskie auto typu SUV na kredyt), a w głębi duszy rozpaczamy, że kawa w Starbucksie jest za droga.

Kiedy tak się dłużej nad tym zastanowisz, twoja nienawiść do bezmyślnego konsumpcjonizmu oraz ludzkości wzrasta. I chcesz się z tego wypisać.

A potem nagle, pewnego dnia siadasz  i odkrywasz (takie rzeczy się zdarzają, serio), że można inaczej. Że nie trzeba od razu gardzić Ikeą i Zarą (akurat w tym drugim przypadku może być ciężko), ale jest szansa na znalezienie innej ścieżki. Swojej. Można zacząć przeglądać projekty niszowych marek, z którymi może jeszcze nie zaprzyjaźnisz się w tym miesiącu, ale w kolejnym już może tak. Zakochać się w porcelanie (czy to objaw starości?), takiej prawdziwej i produkowanej lokalnie. I tu nie chodzi o gardzenie masowością, przeciętnością i bycie -anty ani ponad, ale o korzystanie ze wszystkiego z głową. W końcu dochodzisz do wniosku, o co w tym wszystkim chodzi i nareszcie wiesz, którędy podążać.

To bez znaczenia, którą opcję wybierzecie: czy zdecydujecie się być jednym z wielu, którzy podczas masowego pożaru spłoną tak jak sąsiedzi spod trójki i dwunastki w tym samym fotelu Ikea typu Karlstad, dzięki któremu identyfikacja ciał przestanie być taka oczywista. Czy też będziecie nowoczesnymi mamami (jak Reni Jusis, eko-matka Polka), z tym całym swoim ekwipunkiem orzechów do prania i eko-pieluch, czy też będziecie postrzegani jako hipsterzy, gdy odważycie się zrobić coś inaczej, niż tłum, albo nazwiecie się snobami, bo każda nowa rzecz z markową metką będzie powodować wzwód waszego ego.

Bez względu na wszystko, nie dajcie sobie wmówić, że jesteście gorsi lub lepsi, ubrani od stóp do głów w H&M czy Pradę, na wakacjach w Wałbrzychu lub Tokio, w Almie czy pod warzywniakiem. Niech tylko wasze zakupy przestaną być sumą przypadków. Wybierajcie świadomie i bądźcie szczęśliwi. (Tylko bez przesady. Nie trzymajcie się tak kurczowo planu pięcioletniego i powiedzcie czasami coś, co Wasze dzieci będą chciały wyhaftować na makatce.*)

*Ch. Palahniuk, Fight Club