JEDZENIE W LATACH 90.

vxWqqEGHOoc

Lata 90. Złota era czerwonej oranżady, mleka w foliowych woreczkach i lizaków lodowych. Czasy, w których najwyższą rozkoszą było jedzenie Vibovitu palcami, a zestaw Happy Meal urastał do rangi prezentu bożonarodzeniowego. Dziś, po muzyce, seksie i ubraniach, wspominam jedzenie w latach 90.
Lata 90. to dominacja wszelkiej odmiany chipsów. Któż z nas nie zajadał się produktami marki Ruffles czy Chio Chips, występującymi w wielu kuszących smakach (m.in. papryka, ser z cebulą, a także o takich wyrafinowanych połączeniach, jak: hot dog, pizza czy big burger)? Nieco później pojawiły się prawdziwie światowe chipsy, urastające do rangi kultowych, obecnych na rynku zresztą do dziś: Pringles, Peppies czy Curly. Fani tradycyjnych chrupek zajadali się produktami Star Foods, w których sezonowo ukryte były tematyczne tazosy. Byłam ogromną fanką smaku orzechowego. Dla tradycjonalistów pozostawały nieśmiertelne prażynki oraz wytwory DIY (z angielskiego: zrób to sam): smażony na oleju Przysmak Świętokrzyski (w moich stronach mówiło się na to okienka) oraz prażona kukurydza, światowo nazywana popcornem. Antyfani ziemniaka mieli natomiast alternatywę w postaci dmuchanego ryżu.

Kiedy myślę o dzieciństwie jest w nim sporo miejsca na gumy do żucia. Mam na myśli zarówno te kultowe (Donald, Turbo, Boomer, Mamba, Mentos), te całkiem słabe (gumy kulki) oraz te, które chciało żuć się godzinami (Bubbaloo z przepysznie słodkim sokiem w środku, czy soczyste propozycje Huba Buba). Do dziś wspominam urocze gumy Mino (choć w ich przypadku należałoby operować nazwą gumki, takie były małe) oraz kwaśne i przerażające gumy Schock, które już za dzieciaka pozwalały nam robić na podwórku konkurencje godne Jackass. Do historii przeszły także gumy imitujące papierosy – z każdym buchem człowiek czuł się taki ważny. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że dorosłość, to początek umierania.

Czas na lody. Czy mówią Wam coś takie nazwy, jak: Bambino, Śnieżka, Panda, Romero, Zapp, Dynamit? Na widok tych produktów oblizywało się całe osiedle. Fani tańszej wersji – lizaków lodowych również mieli spory wybór w postaci Calippo, Kredki i Kaktusa. Dziwacy zadowalali się ciepłymi lodami (fujka), a ci najwygodniejsi korzystali z oferty Family Frost, pierwszej lodziarni na kółkach, na dźwięk której wszystkie psy dostawały szału. Ok, przypomniałam sobie jeszcze o Danonkach, które można było włożyć do zamrażalnika i wyciągnąć stamtąd namiastkę dzisiejszych jogurtów mrożonych. Żal byłoby również nie wspomnieć o lizakach! Melody Pops z patyczkiem-gwizdkiem, nieśmiertelne Chupa Chups oraz lizaki-smoczki nadawały ton pierwszym klasom podstawówki.

Kinder jajka odmieniły dzieciństwo wielu z nas i w 80% młodych Polaków pozwoliły odkryć nową pasję zbieractwa. Niespodzianki, które znajdowały się w środku czekoladek był to must have połowy lat 90. i absolutnie obowiązkowy element wyposażenia wnętrz. Figurki idealnie komponowały się z meblościanką oraz kolekcjami kaset VHS.

Z czekoladowych słodyczy mieliśmy jeszcze batony: Picnic, Bajka, Record, Black Jack, Prince Polo, wafelek Teatralny, Rally, Kuku Ruku. Były jeszcze Kocie Języczki i bomboniery Solidarność, choć każdy z nas dałby sobie rękę uciąć za czekoladowe monety ukryte pod złotym sreberkiem prosto z RFN. Przypominam także o istnieniu zegarków na gumce wykonanych z cukierków pudrowych, zagęszczanych mleczkach w tubce, drażach mlecznych, oranżadce w proszku,  oraz napojach w foliowych opakowaniach. Czarny słonecznik był obowiązkowym ekwipunkiem przy każdym wyjściu na ławkę przed blok, podobnie jak i zupka chińska, która musiała znaleźć się na wyposażeniu każdej wakacyjnej walizki.

Dziś gardzimy gratisami, kiedyś nie przechodziliśmy obojętnie obok żółtego wiatraczka dodawanego do Cola Cao. Dziś przewraca nam się w dupach od nadmiaru towarów w sklepach i pełnej lodówki. kiedyś rewolucją było wynalezienie krojonego chleba i umieszczenie serka topionego w zgrabnych trójkącikach. I choć foodgasm wywoływały w nas prostsze dania, aniżeli sushi i skomplikowane potrawy vege, wcale nie chciałabym się cofnąć do czasów, kiedy triumf święciła mielonka tyrolska i pasztet prochowicki (choć ten ostatni bardzo lubię).