JAK KUPOWAĆ KSIĄŻKI?

Każdego roku eksperci przygotowujący raport Biblioteki Narodowej alarmują, że w Polsce się nie czyta. Dramatyczne nagłówki w gazetach donoszą, że Polska może wódą, ale nie książką stoi.

Niby nie ma komu czytać, a z drugiej strony – wydawnictwa na potęgę wypuszczają w świat nowe tytuły, zalewając księgarnie kolejnymi mniej lub bardziej przydatnymi lekturami. Wiecie, że nie jestem fanką nadmiaru w żadnej dziedzinie życia – książki nie są tu żadnym wyjątkiem. Oferowany w księgarniach szeroki wachlarz tematyczny pozwala zaspokoić potrzeby każdego typu czytelnika, ale jak w takim razie – mając w zanadrzu ograniczone możliwości czytelnicze oraz nieskończony wybór (każdego miesiąca na rynku ukazuje się od kilkudziesięciu do kilkuset nowych tytułów) – wybrać naprawdę dobrze?

Jestem szczerze ciekawa, jakimi kryteriami kierujecie się przy wyborze nowej książki. Polegacie na opinii innych? Zdajecie się na los, przypadek? Dajecie się zwabić reklamą lub recenzją w gazecie?

Ja zazwyczaj stawiam na intuicję – jestem w miarę na bieżąco z literaturą współczesną, szczególnie polską i mniej więcej wiem, czego mogę się spodziewać po danym autorze. Czasem zachęci mnie wyjątkowo ładna okładka albo rekomendacja osoby, którą uważam za kumatą. Ostatnio jednak coraz częściej mam problem z podjęciem decyzji dotyczącej kupna. Kiedyś z premedytacją unikałam półek z napisem Bestsellery, ale od kiedy na takiej półce pojawiła się i moja książka, spuściłam z tonu.

Blogerom i dziennikarzom w kwestii recenzji nie ufam – zbyt wielu z nich dostaje pieniądze za wyrażenie własnej opinii i często gdyby nie współpraca (lub w przypadku prasy – umowa z wydawnictwem) dany tytuł nie pojawiłby się w ich tekstach. Wybieranie książek tropem nagród literackich też się u mnie nie sprawdziło (kilka lat z rzędu, czytałam pozycje nominowane do Nagrody Nike, ale bardziej się przy tym męczyłam, niż szczerze radowałam).

Czuję wewnętrzny niepokój (tak, tak – problemy pierwszego świata), że nie nadążam za rynkiem wydawniczym, że może skupiając się na tych najmocniej promowanych książkach, pominę te bardziej cenne, ale wciśnięte gdzieś w księgarniany kąt perełki. Że w czasie, kiedy pochłaniam średnią książkę (bo mam wyrzuty sumienia, żeby rzucić ją w środku zdania), mogłabym już napełniać swój umysł czymś lepszym. I najzwyczajniej w świecie nie podoba mi się, w którym kierunku to wszystko zmierza: płaci się za dobre półki w księgarniach; za wspomnienie o książce w prasie czy TV; książki wysyła się blogerom koniecznie z przesyłką kreatywną, bo jeśli treść się nie spodoba, to może chociaż w kontekście otrzymanego gadżetu influencer się o niej wypowie.

A kiedyś, po prostu podchodziło się do domowej biblioteczki i wybierało książkę, która zachęcała już samym grzbietem. Albo ufało bezgranicznie pani w bibliotece, która nie miała żadnego interesu w tym, by polecić daną lekturę.

I było pięknie.