J. ŻULCZYK, ŚLEPNĄC OD ŚWIATEŁ

DSC_0149

Dobry rok po oficjalnej premierze zabieram się za najnowsze dzieło jednego z najbardziej wyrazistych pisarzy młodego pokolenia.

Żulczyk to prawdopodobnie najchętniej cytowany polski autor w serwisie społecznościowym soup.io Gdzie nie spojrzę, wszędzie serwują fragmenty jego powieści. Swoją drogą współpraca z influencerami tej platformy to doskonały pomysł na działania promocyjne wydawnictwa. Nie raz, zachęcona soczystym kawałkiem, dałam się namówić na zakup książki. Ba, odnoszę nawet wrażenie, że tam, w tym drugim obiegu tknięte tysiącami repostów powieści zyskują nowe życie.

W ten oto sposób trafiłam na Ślepnąć od świateł. Kontakty wzrokowe z autorem odnotowano już wcześniej – po udanych lekturach w przeszłości, postanowiłam schować Żulczyka do szuflady z napisem brać w ciemno. Tak, jak zapisuję sobie w telefonie telemarketerów, dając im fikcyjne imiona i dopisując nazwiska nie odbierać, tak mam skłonność do segregowania w głowie pisarzy.

Proza Żulczyka każdorazowo rozkłada na łopatki, (ale to już wszyscy wiemy). Tym razem autor zabiera nas do samego serca Warszawy, ukazując jej podwójne życie: Miasto wygląda jak nabazgrane kolorowymi flamastrami na czarnej płachcie przez ogromne, nadpobudliwe dziecko. Gdzieś z oddali przebija się uszkodzona, świąteczna melodia, przez szum, przez zupę z głosów i kroków, pracujących silników, trzasków zamykanych drzwi. Ta melodia dźwięczy mi w całym ciele jak zapowiedź bólu zęba. Miasto otwiera oczy, zamknięte w dzień, budzi się cicho i ciężko, przypomina schlanego mężczyznę. Jego powieki rozchylają się powoli, zmęczone, sklejone ropą (…) Miasto oddycha, ciężko sapie, próbuje odkrztusić nagromadzoną w gardle flegmę, a jego oddech idzie prosto z flaków, z kanałów, nieświeży i ciężki; jego serce łomocze jak wielki bęben.

Nocna Warszawa, trochę z filmu Skoniecznego, a trochę z hulaszczych wspomnień Marka Hłaski (W sobotę miasto ma pijaną mordę) elektryzuje i pociąga. Ciemną nocą miasto jeszcze mocniej rozwarstwia się na lewo i prawobrzeżną stronę, za umiłowanych wychowanków biorąc sobie alfonsów, dilerów i prezesów wielkich korporacji.

Jacek, główny bohater powieści sprzedaje narkotyki. Jednak, jeśli wydaje Wam się, że jego praca ogranicza się do profesjonalnej dilerki, to jesteście w błędzie. Ten młody, szalenie inteligentny chłopak przede wszystkim handluje złudzeniami. W tym mieście, gdzie wszyscy śpią ciężko i źle, w którym każdy nosi maskę i chce więcej, niż może mieć, Jacek jest kimś na kształt zbawiciela – za kilka stów pozbawia złych myśli, kompleksów, zmartwień, wciąga w wir nocnego życia, pokrytego marzeniami i kurzem.

To doskonale skrojony thriller, który oprócz dobrej warstwy językowej, zachwyca różnorodnością postaci i rozbudowaną fabułą. Ślepnąc od świateł pomimo sporej objętości czyta się bardzo sprawnie, a nieco nudne fragmenty rekompensuje fenomenalne zakończenie.

Dzień nie jest dla Warszawy stanem naturalnym. Warszawa w dzień jest jak naga, zawstydzona, stara i brzydka kobieta.