POZDRAWIAM WSZYSTKIE SUCHE DROŻDŻÓWKI

DSC_0384

W ostatnim czasie popadłam w głęboką wątpliwość, że literatura polska ma się dobrze. A później sięgnęłam po książki nienominowane do Nike 2015 i świat znów nabrał rumieńców.

(A propos Nagrody Nike – utknęłam na Matce Makrynie Dehnela i Szumie Tulli i nie wiem teraz, jak z tego wybrnąć). Na szczęście w międzyczasie trafiłam na kilka uroczych pozycji, które przywróciły mi radość czytania. Na marginesie: zawsze dziwi mnie wymówka ludzkości, że kto normalny w dzisiejszych czasach ma czas na czytanie? Otóż, odpowiadam: możesz mieć dokładnie tyle wolnego czasu na lekturę, ile zechcesz. Naprawdę.

Czytam ostatnio bardzo wiele – oszczędzam Wam wiedzy na ten temat, gdyż rozbieżność pomiędzy poszczególnymi tytułami jest naprawdę zatrważająca. Trzeba Wam jednak wiedzieć, że w myśl zasady: nie wiadomo, co w przyszłości może się przydać, czytam prawie wszystko: od Położnej J. Kalyty, po lektury dla młodzieży (Eleonora & Park, Rowell) i tomiki niespełnionych poetów. Na Instagramie stworzyłam nawet jakże pretensjonalny hasztag #czytajzvenilą, pod którym dzielę się bieżącymi radostkami.

Ale do konkretów.

DSC_0386

D. Masłowska, Więcej niż możesz zjeść

Obiad w Barze „U Ireny”. Składniki: Bar „U Ireny”; trochę pieniędzy.

Przez ostatnie kilka lat na dobre udało mi się zapomnieć o tym, jak dobrą pisarką Dorota Masłowska jest. Nigdy nie skończyłam czytać Pawia królowej ani Wojny polsko-ruskiej…, za to z namaszczeniem każdorazowo zasiadałam do lektury jej dramatów i felietonów. Kiedy w ubiegłym roku w ramach projektu Mister D. wyszedł debiutancki album pisarki Społeczeństwo jest niemiłe, a później felietony parakulinarne Więcej niż możesz zjeść, wiedziałam, że wpadnę po uszy. Te pełne absolutnej groteski, ironii i satyry refleksje luźno związane z kuchnią napisane są z taką lekkością i wdziękiem, że trudno przejść obok nich obojętnie. Masłowska daje popis swojej sprawności językowej – a trzeba przyznać, że mierzyć może się z nią w Polsce naprawdę niewielu. Jeśli macie dość poradników z gatunku Jak żyć, to świetnie się składa, bo ze zbioru Więcej niż możesz zjeść nie dowiecie się: jak pogodzić się z kuzynem; czy obuwie zamienne nosić wraz z nadejściem pierwszych słot, czy też przez okrągły rok, ani – jak dobrze wyjść za mąż, za to przekonacie się m.in.: co zrobić ze zbędnymi 100 pln (mój ulubiony felieton); jak żywić małe i rezolutne dziewczynki w Europie Środkowej, a także jak zniszczyć sobie życie za pomocą urodzin dziecięcych. Wszystko to obficie skropione wizualnymi przekąskami Macieja Sieńczyka. Zdaje się, że w tym roku nie skonsumowałam nic bardziej smacznego.

DSC_0409

M. Wicha, Jak przestałem kochać design

Kupujemy tandetę. Zapadamy się w chaos. Pozwalamy, by o kształcie naszych mieszkań i miast decydował przypadek.

Książka M. Wichy wpadła mi w ręce nieprzypadkowo, albowiem uwiodła mnie okładka (za to trochę mniej nieco przewrotny, kojarzący się z tanią sensacją tytuł). Co prawda nie dowiedziałam się z niej czym jest, a czym nie powinien być design i zapewne będę używać tego określenia nadal niezgodnie z przeznaczeniem. Jedno jest jednak pewne: po lekturze tej książki doszłam do wniosku, że wszystko ze mną ok. Bałam się, że skoro humor potrafi mi zepsuć brzydki slogan nowego sklepu (Dla Małych Vipów) mocowany tuż przed moim domem, albo, że boli mnie ogromny parasol Żywca w ogródku restauracji stylizowanej na prowansalską, to doprawdy – poprzewracało mi się w dupie. A tymczasem, Wicha wjechał mi na chatę z przekonaniem, że wcale nie muszę wpuszczać brzydoty za próg: Kontakt z dobrze zaprojektowanym przedmiotem, budynkiem czy tekstem daje poczucie harmonii.

Poczułam się doskonale zrozumiana. Niech paraliżuje mnie piękno, nie widok boazerii spłakanej obficie uryną.

DSC_0374

L. Dunham, Nie taka dziewczyna

Nie jest odwagą robić coś, co cię nie przeraża.

Oh, Leno! Pozbawiłaś me życie kilku cennych godzin, tylko po to, bym dowiedziała się, że kiedy tylko nie kopulujesz z pracownikiem planu, kolegą ze studiów oraz kilkudziesięcioma innymi samcami, sypiasz z paczką po chipsach. Wzbogaciłaś moje istnienie o wiedzę z zakresu ginekologii, biologii oraz psychologii, skupiając się w szczególności na opisach swoich stosunków seksualnych, a także włączając w to imponujące rozeznanie na temat środków psychoaktywnych. A mogłoby być naprawdę spoko, gdybyś od czasu do czasu (czyli średnio co trzy strony) nie rzucała tekstów o swojej pochwie, z taką nonszalancją jakby była co najmniej komodą albo autem…

Podsumowując: dzieło Lenham to jedno z moich największych, prywatnych rozczarowań ostatnich miesięcy. Choć książka napisana jest dobrze, czyta się ją źle; żarty mają potencjał, by śmieszyć, a jednak nie bawią. Idealnym podsumowaniem niemal 300-stronicowej lektury jest określenie uknute przez recenzenta The Gurdian, opisujące felietony Dunham jako clit lit (literaturę łechtaczkową). I choć wagina wyzierająca z każdego rozdziału bywa deprymująca, gorszy jest chyba fakt, że za napisanie książki reżyserka serialu GIRLS zainkasowała 4 mln dolarów zaliczki. Jeśli i u nas zaczną płacić za zapiski wyrwane z Kalendarza Nastolatki, będę pierwsza w kolejce do publikacji.

 

  • W.

    Dzięki Ci za ostatnią recenzję, bo kusiło mnie dorwanie się do tej książki, a teraz przynajmniej wiem, że te złotówki warto przeznaczyć na inne pozycje!
    Wicha również mnie utwierdził w tym, że przed tym co brzydkie nie można się chować pod płaszczem ignorancji, bo w ten sposób brzydota utwierdzona w swej mocy pozostanie wiecznie, albo gorzej, przechodząc zgodnie z trendami mas stanie się brokatem albo innym cudem.

  • Z książką Wichy mam taki problem, że kupiwszy ją późno i nasłuchawszy się (naczytawszy) peanów na jej cześć spodziewałam się co najmniej przeżycia pokoleniowego… Szkoda, bo książka jest fantastyczna, szkoda, że zepsułam sobie jej smak nadmiernymi o niej wyobrażeniami. Dziś myślę, że to rodzaj papierowego virala.

    Za to na Masłowską narobiłaś mi ochoty!

    • „Papierowy viral” – ależ cudne określenie!

  • Na Masłowską narobiłaś mi smaku. Nie przeczytałam jeszcze ani jednej pozycji tej autorki, chociaż dwie leżą w domu i cierpliwie czekają. Na szczęście będę w ten weekend w Polsce, to zajrzę do księgarni i mam nadzieję, że znajdę tę książkę.

  • Elm

    O! Dzięki za recenzję książki Leny. Czyli trochę podobnie do „Girls”- niby jest potencjał, niby historie ciekawe, a jednak serca mi nie porwało…

    • Coś jest w Twoim stwierdzeniu, bo właśnie sobie uświadomiłam, że nawet nie skończyłam oglądać ostatniego sezonu Girls.

  • Pełna zgoda, co do Dunham i Masłowskiej. Ta pierwsza swoimi kiepskimi wynurzeniami wykończyła mnie psychicznie. Nie byłam w stanie dobić do końca. Nie rozumiem, skąd zachwyty w wielu recenzjach.
    Z kolei od felietonów Masłowskiej zawsze rozpoczynałam każdy numer Zwierciadła, dopóki pisała. Majstersztyk każdy z osobna. Ale Wojna i Paw tez nie dla mnie. Cieszę się, ze nie jestem sama, bo przez moment zastanawiam sie, czy nie jestem totalnym głupkiem, skoro dookoła takie peany.

  • Mnie się Matka Makryna podobała (chociaż przyznaję, że opisy tortur czytałam pobieżnie;) – ale przed lekturą nie wiedziałam kompletnie nic o książce ani o Makrynie Mieczysławskiej. I cała historia była dla mnie dość fascynująca.
    A felietony „kulinarne” Masłowskiej (w Zwierciadle chyba) mnie zachwycały totalnie! Chętnie kupię w formie książki!

  • Ja też miałam z Masłowską problem przez pewien czas. Miałam wrażenie, dla niej ważne jest nie to co pisze, a to jak pisze (klasyczny przerost formy nad treścią). No ale chyba w takim razie spróbuję się z nią pogodzić.

    • Ada (Rzeczovnik)

      Ja miałam z Masłowską problem przez jakieś… 30 pierwszych stron „Wojny polsko-ruskiej”. „Co za gówno” za gówno, myślałam sobie, a nawet narzekałam na głos. A potem wpadłam w nią po uszy i tak jestem wpadnięta już 12 lat. Chociaż przyznam, zawiodły mnie koty. Miałam uczucie przerostu formy nad treścią. Niby rozumiałam, co Masłowska chce powiedzieć, ale tego co mówi było zdecydowanie za mało jak na rozmiary, i tak przecież niewielkiej, książki. Wiekszość powieści to rozmyślania pisarki o pisaniu. Strasznie tego nie lubię. To znaczy lubię, pewnie sama bym uprawiała, ale uważam, że nikogo, poza innymi piszącymi, te rozmyślania nie obchodzą. Czasem próbuję patrzeć na książki obiektywnie, może to pułapka. W każdym razie, potem Dorota wróciła jako Mister D. i znowu ją kocham.
      Przy najbliższej okazji sprawię sobie to „Więcej niż możesz zjeść”, nie dość, że kusi literacko to jeszcze te ilustracje. Dajcie mi ilustracje, będę się jarać jak pięciolatka.

  • Jestem po „Wojnie polsko-ruskiej”, z której nie zrozumiałam nic (w sensie z treści), ale jej język tak mnie… zaciekawił (?), że na półce mam już „Pawia królowej”, „Kochanie zabiłam nasze koty” no i „Więcej niż możesz zjeść”, więc do wyboru do koloru :) Teraz za to wpadłam po uszy w literaturę o II WŚ i chyba zbyt szybko się nie wygrzebię

    • Jestem ciekawa książki „Kochanie zabiłam nasze koty”, więc jak już się wygrzebiesz z okopów i przeczytasz – daj znać, czy Ci się podobała :)

  • Ja wypożyczyłam wlaśnie Dehnela, ale jakoś po „Pupilli” zawiodłam się na nominowanych do Nike – teraz już wiem, dlaczego chciałaś się jej pozbyć:) Póki co odstresowuję się kryminałami. Co do Dunham – przejrzałam w księgarni i stwierdziłam, że szkoda czasu i jak widać miałam rację. Wcześniej przeczytałam recenzję w the new york times i mimo, że recenzentka w zasadzie chwaliła książkę, to po opisach stwierdziłam, że sobie podaruje.

  • Na „Lenę” czekałam. Po Twojej recenzji może do niej zajrzę, na pewno nie kupię ;) Akurat „Szum” Tulli bardzo mi się podobał, ale ja lubię taką estetykę i moim zdaniem świetny język, bardzo poetycki a to właśnie lubię. Pozdrawiam.

    • No właśnie sporo osób mnie namawia, by jednak przez „Szum” przebrnąć, bo warto. Muszę się jeszcze nad tym zastanowić :)

  • Lenę również muszę uznać za ogromne rozczarowanie. po według mnie świetnym serialu ‚dziewczyny’ naprawdę liczyłam na coś więcej niż często wyrwane z kontekstu żarty, które zdecydowanie zbyt rzadko śmieszą. teraz mogę stwierdzić tylko, że książkę kupiłam zbyt pochopnie. ale pewnie wielu dało się nabrać i te 4 miliony (o zgrozo!) zwrócą się wielokrotnie. obawiam się tylko, że gdyby Lena chciała napisać kolejną książkę, nie byłoby już tak wielu chętnych do czytania. a szkoda, bo dotychczas wydawało mi się, że potencjał to ona ma ogromny!

  • a znasz już piękną ‚sońkę’ karpowicza? przywraca wątpiącym wiarę w literaturę.

  • Ula

    Nie przeczytałabym Leny po polsku, jak już nasłucham się kogoś w oryginale, to tłumaczenie zawsze czyta mi się gorzej i jestem pewna, że i w tym przypadku to po prosto nie byłoby to. Wybitna literatura to nie jest, ale czytało mi się ją w porządku, w ramach rozrywki, trochę tak jak bym leżała na kanapie i oglądała w TV wywiad z nią.
    Za to zabiorę się za Masłowską, bo przeczytałam kilka jej felietonów parakulinarnych i był doskonałe.