DOLNY ŚLĄSK || RUDAWY JANOWICKIE

img_8139

Na początku każdego miesiąca kocham życie. Jak gdyby świeża kartka w kalendarzu była jednocześnie obietnicą szczęśliwej egzystencji. Im dalej w dni tygodnia, tym motywacji do celebrowania codzienności co prawda jakby mniej, ale myślę sobie, że grunt to efektywnie wykorzystać ten chwilowy zapał.

Idąc tym tropem, chcąc godnie przywitać listopad, wybraliśmy się na krótką wycieczkę w okolice Kotliny Jeleniogórskiej. Przysięgam, aktualnie nie ma dla mnie chyba przyjemniejszego zajęcia od odwiedzania nowych miejsc – rozkoszowania się pięknymi miejscami, widokami i próbowania kulinarnych (nie znowuż tak bardzo wymyślnych) specjałów. Jeśli szukacie człowieka, który jara się tym, że przejeżdżając przez centrum typowo polskiego miasteczka (ależ one są wszystkie do siebie podobne, nieprawdaż?) odkrywa przypadkiem przepiękną kwiaciarenkę (ta kwitnąca witryna aż prosiła się o to zdrobnienie), albo robiąc krótką przerwę w podróży, odwiedza najbliższą cukiernię i trafia na najlepsze pączki, jakie jadł w ostatnim czasie – to ja.

fullsizerender img_7908 img_7931 img_7946 img_7971

Na bazę noclegową wybraliśmy sobie Pałac Staniszów, o którym pisałam już kiedyś na blogu. Razem z Pawłem lubimy miejsca z klimatem, a decydując się na hotel mamy tylko dwa wymagania: obiekt musi serwować śniadania oraz akceptować zwierzęta. Tutaj mieliśmy to wszystko zapewnione. Na plus zasługuje na pewno zaplecze wellness – wybaczcie, ale TAKIEGO basenu z własną biblioteczką i kominkiem, to ja jeszcze nie widziałam; ogromny park w stylu angielskim oraz hotelowa restauracja. Na minus: brak zasięgu i słaby sygnał WIFI, a także sama miejscowość, w której zupełnie nic nie ma i bez auta tu ani rusz.

img_7994 img_8064

Zaszaleliśmy i zrobiliśmy sobie wolne (no powiedzmy) od pracy na całe dwa dni. Celem naszej podróży były Rudawy Janowickie, które liznęłam już przy okazji sierpniowych wojaży, ale wciąż było mi mało. Wybraliśmy się na Sokolik – drugi co do wielkości szczyt w Górach Sokolich. Aby na niego dotrzeć, samochodem podjechaliśmy pod Schronisko Szwajcarka, skąd szlakiem czerwonym ruszyliśmy pieszo przed siebie. To trasa dobra dla niedzielnych piechurów – nie wymaga specjalnych nakładów fizycznych i będzie odpowiednia dla osób w każdym wieku.

Dwie godziny później, przemoczeni od deszczu marzyliśmy o ciepłej herbacie i jakiejś strawie. Zjechaliśmy więc na dół w kierunku Janowic Wielkich do Browaru Miedzianka. I w tym momencie, Drogi Czytelniku muszę podkreślić, jak bardzo lubię podróżować w okresach mało atrakcyjnych dla turystów, kiedy wszystkie hotele i restauracje są puściutkie. Ta sama restauracja w okresie letnim kipiała od klientów, którzy wylewali się na obszerny taras i ani w głowie było im zwolnienie swojego miejsca. Kilka miesięcy później w tym samym miejscu zastaliśmy kojący spokój.

img_8116
img_8144-1 img_8151

W planach mieliśmy jeszcze Kolorowe Jeziorka, ale ponieważ pogoda była względem nas aż za bardzo wylewna, postanowiliśmy wrócić do hotelu, by oddawać się znacznie bardziej przyziemnym przyjemnościom (czyt. leżeniu i jedzeniu).

Jeśli będziecie podróżować w okolice Jeleniej Góry – zarezerwujcie sobie chwilę, by odwiedzić ten nieco zapomniany (albo jeszcze nieodkryty) mikroregion. Zapewniam Was, że przejażdżka do  miejscowości Trzcińsko wąską drogą po prawej stronie Bobru dostarczy Wam o wiele więcej niezapomnianych widoków, niż wycieczka do komercyjnego Karpacza.

PS Jeśli macie ochotę na więcej, Paweł przygotował również wersję video.