CZYTNIK KINDLE – DRUGIE WRAŻENIE

Pół roku temu, na fali ograniczania przedmiotów przed przeprowadzką, stałam się posiadaczką czytnika Kindle. I wtedy – jak to z nowymi rzeczami bywa, dość entuzjastycznie odnosiłam się do czytania książek elektronicznych. Czy po sześciu miesiącach razem, zmieniłam zdanie?

Podsumowując ostatnie półrocze: jeśli miałabym określić, jak prezentuje się moje czytelnictwo, to sądzę, że jakieś 70% książek czytam jednak na papierze, resztę online.

Do niewątpliwych plusów posiadania czytnika należy możliwość kupowania książek o każdej porze dnia i nocy. Zachce Ci się dobrej powieści o 22.00 w sobotę? Żaden problem. Idziesz do księgarni online, wybierasz interesującą pozycję i za kilka minut możesz w łóżku cieszyć się wyczekiwaną lekturą. Z książkami papierowymi jest pod tym kątem jednak problem – żeby nie wiem co, w niedzielę niehandlową książki nie kupisz. O północy w dzień powszedni też nie. Nie, to nie.

Na wyróżnienie zasługuje też waga i wielkość czytnika, choć myliłby się ten, kto myśli, że na wyjazdy zabieram ze sobą Kindle’a. A gdzie tam, zapominam, że go mam i oczywiście, że taszczę w torbie kilka tradycyjnych książek. Ostatnio jednak poczciwe urządzenie zapunktowało u mnie, kiedy czekałam w sali kinowej na seans i przez dobre 15 minut mogłam raczyć się lekturą książki. Z papierową wersją w półmroku by nie przeszło – nie że się nie da, ale cholera, szanujmy swoje oczy.

Mimo wszystko tęskno mi do książek papierowych. Za każdym razem, kiedy jestem na zakupach, wchodzę do księgarni, przeglądam nowości, podziwiam ładne wydania. Obcowanie z literaturą to jednak dla mnie coś więcej, niż tylko zapoznanie się z tekstem (tak próbowałam sobie wmówić, kupując czytnik – że przecież i tak liczy się to, co zostanie mi w głowie, nie na półce) – ja szczerze jaram się ładną okładką, nietypowym wydaniem, ba – samym faktem, że wychodzę ze sklepu ze stosikiem nieodkrytych jeszcze światów i historii. Poza tym mam jakieś dziwne uczucie, że książki papierowe czytam uważniej, wolniej, poświęcam im więcej uwagi – te z rozszerzeniem mobi czy pdf traktuję bardziej po macoszemu.

Ale może to nieprawda, może tak  sobie tylko wymyślam.