CZYTAJ Z VENILĄ: STYCZEŃ 2018

Gdybym miała wskazać jedną rzecz, którą najczęściej kupujecie po moich poleceniach, bez wątpienia byłyby to książki. To ogromnie miłe uczucie mieć świadomość, że polegacie na moim guście czytelniczym i uważacie, że jak coś polecam, to na bank musi być dobre. Dziękuję!

Na dzień dobry chciałabym polecić Wam trzy książki. Co prawda dwie z nich czytałam już tak dawno temu (wrzesień), że trudno mi odtworzyć emocje, które towarzyszyły czytaniu (z recenzjami to jednak trzeba na świeżo), ale spróbuję.

W. Kuczok, Czarna

Czarna to część Serii NA F/AKTACH, w ramach której znani pisarze fabularyzują realne wydarzenia, które w ostatnich latach wstrząsnęły Polską. Kuczok bierze na warsztat okrutną zbrodnię, ale podaje ją czytelnikowi raczej jako aperitif, niż danie główne. Pierwszeństwo przejmuje trudna relacja towarzyska. Miłość odmieniana jest tu przez wszystkie przypadki. Oraz pozycje. Bo trzeba Wam wiedzieć, że polska literatura już dawno nie widziała takich scen erotycznych (Elfriede Jelinek byłaby zachwycona, zresztą mam wrażenie, że pisarz korzystał ze stylistyki tej austriackiej noblistki – nawet szyk zdań skonstruowany jest w podobny sposób i nie wiem do końca czy mi się to podoba).

Czarna to nie tylko opowieść o miłości, morderstwie i zdradzie. To przede wszystkim zawiła podróż w głąb kobiety, tłumacząca jej psychikę oraz motywy postępowania. O tak! Postaci kobiece to Kuczok napisał z rozmachem, choć ja tam książki czytam głównie dla języka. Ten z Czarnej absolutnie mnie nie zawiódł. Tyle tu gier słownych, zabiegów stylistycznych, że człowiek mógłby sobie wynotować połowę zeszytu 16-kartkowego, a możliwe, że i to byłoby mało. Weźmy na przykład taką żonę, którą autor – jakby za namową głównego bohatera – pozbawia nawet poprawnej pisowni, uparcie stosując zapis rzona. Trudno o bardziej wymowne zaakcentowanie roli, jaką pełni w tym miłosnym trójkącie.

Krótko podsumowując: Czarna to najlepsza książka, jaką przeczytałam w 2017 roku. Niech nic Was nie powstrzymuje przed przeczytaniem jej.

N. Hill, Niksy

Boję się książek, które na Instagramie zdobywają setki lajków i z którymi chcą się fotografować wszyscy blogerzy. I łukiem omijam te grubaśne, bo od dawna nie wierzę w to, że objętość jest wyznacznikiem wielkości literatury (o zjawisku 500+ w świecie książki, ciekawie pisała Ada). No ale Niksy poleciła mi osoba, której ufam w czytelniczych wyborach, a więc poszło!

Debiut roku, arcydzieło, mistrzostwo! Tak o Niksach mówiło wielu. Poprzeczka została postawiona wysoko. Ja powiem tylko: to wielowymiarowa, wielowątkowa, sprawnie napisana powieść, która nie wciąga od razu (mnie pochłonęła gdzieś dopiero około 100 strony), ale warto przemęczyć nudnawy początek, żeby dać porwać się tej szalonej historii na dobre. Dobrze się czyta, ale czy zostawia coś w głowie na potem? Nie bardzo.

M. Knedler, Historia Adeli

Wzięłam ją z półki w księgarni, bo Wrocław zamajaczył mi na tylnej okładce, a lubię książki, które mogę sobie osadzić w rzeczywistości. Tak było też w tym przypadku. Kiedy czytałam, jak tytułowa Adela zaczyna pracę w jednej z kawiarni przy ul. Św. Antoniego z widokiem na kino, oczyma wyobraźni widziałam Central Cafe tuż przy Nowych Horyzontach. Kiedy wracała do domu momentalnie pojawiał mi się w głowie obraz pewnej przedwojennej willi na Karłowicach, którą kiedyś oglądaliśmy z Pawłem itd. Fajnie, że autorka nie przekłamała realiów, wymyślając fikcyjne ulice i miejsca.

Historia Adeli to taka wielowątkowa powieść o miłości, poświęceniu i w końcu odkupieniu. Znajdziecie tu kilka naprawdę fantastycznych epizodów z opowieścią o ciotce Stefanii na czele, a także trochę rekomendacji dotyczących muzyki oraz literatury (jeden z głównych bohaterów wykłada na polonistyce). Bardzo przyjemna, sprawnie napisana powieść. Polecam Waszej uwadze.