CZYTAJ Z VENILĄ: MARZEC 2018

Czytelniczy marzec obfitował u mnie – w łącznie – siedem lektur. Udało mi się trafić na kilka naprawdę dobrych – i jak to w życiu, kilka słabszych pozycji. Jeśli jesteście ciekawi, które książki polecam, a które niekoniecznie, czytajcie najnowszy wpis.

  1. N. Klein, Nie to za mało (na pierwszy rzut oka, to gorąca odpowiedź na politykę Donalda Trumpa, ale kiedy wgryziemy się w treść głębiej, wychodzi o wiele więcej istotnych kwestii. Autorka kultowego No logo udowadnia, że wybór nowego prezydenta US to nie przypadek, pomyłka, a logiczna konsekwencja działań kultury, w której żyjemy. Sporo tu mowy o konsumpcjonizmie („Ze społeczeństwa zorientowanego na dobra materialne musimy jak najszybciej stać się takim, które najwyżej ceni człowieka”), zmianie klimatu i realnych rzeczach, które możemy i musimy teraz, zaraz, natychmiast wdrożyć, bo małe kroki już nie wystarczą. Trudna to lektura, wymaga znajomości kontekstu i odpowiedniego skupienia. Ale na pewno warta poświęcenia kilku wieczorów.
  2. O. Gitkiewicz, Nie hańbi (zbiór reportaży o pracy i bezrobociu, przepleciony rodzinnymi wspomnieniami z włókienniczego Żyrardowa. Niby ważny temat, niby autorka ze świetnym piórem, ale całość jakby mi nie siadła. Ale żeby nie było tak gorzko, zostawię Was z dwoma świetnymi cytatami:

    Wycieczka do urzędu to nie jest wycieczka do kosmetyczki. To jest bardziej wizyta u dentysty i proktologa w jednym.

    (…) twierdzenie, że jest to taka praca jak każda inna, kiedy ktoś jedzie dorywczo pracować za granicę czy zbiera runo leśne, to trochę pokazuje, jak bardzo upadliśmy, myśląc o tym, czym jest praca.

  3. L. Tołstoj, Anna Karenina (nie znam za dobrze klasyki literatury powszechnej, niech nie dziwi Was więc fakt, że po tę słynną powieść sięgnęłam dopiero teraz. (Może też dlatego, że ja się boję grubych książek, a ta ma dwa tomy). O tej książce nie da się napisać w kilku krótkich zdaniach. Tołstoj odrobił lekcje z tworzenia portretów psychologicznych swoich bohaterów. I, o mamuniu, jak on pisze! Jak pięknie wtrąca wątki obyczajowo-społeczne, a także mini-filozoficzne dysputy. Mnogość wątków jest tu szalona, ale mimo wszystko czytelnik jest w stanie wszystko sensownie ogarnąć. (I teraz tylko modlę się, by nie trafić na jakąś słabą ekranizację powieści, która zburzy mi wyidealizowany obraz Anny).
  4. G. Pająk, Każdy kęs ma znaczenie (jestem na nie. Miało być inspirująco i zachęcająco do zmiany nawyków żywieniowych, a wyszło mało przystępnie i w tonie: chcesz być zdrowy? Nie jedz cukru, nabiału, mięsa. A najlepiej, to żyw się tylko kaszą jaglaną). No nie.
  5. E. Smith Esfahani, Znajdź w życiu sens (obstawiałam, że będzie to lekka, lifestylowa książka pokroju tych wszystkich z hygge w tytule. Mile się zaskoczyłam. No i już Wam mówię, o co tu chodzi (na pewno nie o coachingowy bełkot w stylu: możesz wszystko). To fajna, odpowiednio wyważona pozycja, w której znajdziecie raczej odesłania do filozofii, niż psychologii, a która pozwoli Wam odpowiedzieć na pytania: czym jest szczęśliwe życie, w jaki sposób znaleźć życiowe powołanie, czy w całej naszej generacji „kupuj-wydawaj” jest miejsce dla wyższych celów itp. Dobra i dająca do myślenia książka.

    Gdy ludzie widzą w swoim życiu sens, spełnione są trzy warunki: oceniają je jako znaczące i wartościowe – jako część czegoś większego; widzą w nim jakiś porządek; i czują, że rządzi nimi poczucie celu.


    Najważniejsze rzeczy w życiu wymagają ciężkiej pracy i poświęceń. Tymczasem pracowite dorosłe życie sprawia, że kuszą nas szybkie i łatwe rozwiązania codziennych problemów.

  6. N. Knopek, Miej umiar (książka trochę niewiadomo o czym, bo mowa tu i o minimalizmie, i o organizacji czasu, o modzie, odżywaniu, dbaniu o duszę i ciało. Autorka porusza właściwie większość dziedzin życia, cisnąc banał za banałem. Nie czuję się komfortowo, krytykując koleżankę-blogerkę, ale wierzę, że wchodzicie na mój blog, by przeczytać szczere opinie, za którymi kryją się realne emocje, a tej książki jednak nie mogę polecić dalej).
  7.  I. Zakrzewska-Morawek, Wstyd (samotność, bezradność, przemoc, zagubienie, strach, niemoc – to tylko niektóre z emocji opisanych w krótkich, kilkustronicowych tekstach, których łącznie jest w książce trochę ponad sto. Autorka pisze o wszystkim tym, o czym myślimy na długo po ułożeniu potylicy na miękkiej poduszce, a o czym nie potrafimy mówić na głos. Opowiastki przedstawiane są tu z punktu widzenia kilku osób, poprzeplatane między sobą nieregularnie nie dają jednoznacznie znać, o kim tym razem będzie mowa. Językowo jest tu bardzo cacy – autorka żongluje porównaniami jak wytrawny cyrkowiec, co rusz zachwycając swoim stylem. Króciutkie teksty niemal każdorazowo zbijają z tropu, uderzają mocną puentą, ale też: szczypią w oczy, niczym tani szampon podczas kąpieli. Mój ulubiony rozdział to ten z numerem 31, o matczynej emigracji; o tym, jak speszonym brzaskiem matka ciągnie walizkę, nie odwracając głowy, bo idzie po lepszy byt. POLECAM PO STOKROĆ. (Musiał wjechać caps lock, żebyście odczuli wagę mojej rekomendacji).

    Czasami o wszystko, o tę sztywność, powściągliwość i chłód, obwiniała klimat. Środkowoeuropejski, umiarkowany, letni taki, polski.

    (…) źle dorosłam. Nie po kolei, przedwcześnie albo że w ogóle nie.

    Boję się wypadków. Takich, w których tracę przytomność, a z jezdni zgarniają mnie obcy. A gdy przystępują do reanimacji, śmierdzi mi z buzi.