***

kaboompics.com_Closeup photo of hand choosing donut (1)

fot. Kaboompics

Jest godzina ósma rano. Siedzę naprzeciw wind tuż przy bloku operacyjnym jednego z wielkomiejskich szpitali specjalistycznych. Jestem ostatnia osobą, którą widzą pacjenci chwilę przed tym, zanim zamkną się za nimi rozsuwane drzwi. Chyba mają szczęście – w końcu wyglądam dziś ładnie.

Przede mną trzy godziny oczekiwania. Schodzę do kawiarni na dół.

Od tego momentu czas zacznę przeliczać na wypite herbaty. Zielona, czarna, cytrynowa. Po trzeciej stracę rachubę. Zyskam za to towarzyszkę rozmów – starszą panią. Poznamy się w momencie, gdy ta zażenowana własną niesprawnością nie będzie potrafiła pobrać z aparatu numeru kolejkowego. Nie jej wina – skąd mogła wiedzieć, że przyjdzie jej dożyć czasów, w których człowieka zastąpi maszyna. Zamawiamy deser. Przy krojeniu tarty z bezą zastanawiam się, czy dwa piętra wyżej skalpel z równą łatwością, co mój nóż, przechodzi przez wszystkie powłoki brzuszne. Nie opuszcza mnie dręcząca myśl, że jesteśmy mięsem, mięsem i tylko mięsem, a jedyne co nas od innych odróżnia to numer PESEL.

Odsuwamy krzesła, żegnamy się.

Dobrego dnia. Życia!

Czas na zieloną jaśminową.