27.01.2017

Wstałam o godzinie 9.00. Zanim zwlokłam się z łóżka, zdążyłam przejrzeć skrzynki e-mailowe oraz pół Instagrama. Po ok. 30 minutach, od kiedy postanowiłam zbratać się z tym światem na nowo, jak to w większości poranków bywa, założyłam na siebie: legginsy, koszulkę, bluzkę z długim rękawem oraz bluzę z flagą US. Do tego skarpety w świąteczne wzory, buty-śniegowce, miodowy szalik i długi pikowany płaszcz. Tak wystrojona udałam się na 10-minutowy spacer z psem po osiedlu. Zaraz po spacerze (w tym samym stroju) wybrałam się na zakupy do osiedlowego sklepu, gdzie – jak niemal co dzień – miałam fit zryw i naładowałam do kosza: krem z kukurydzy, gruszki, kaszę gryczaną i wszystkie te produkty, które uchodzą za zdrowe. Daję sobie dwie godziny, zanim w domu zacznę płakać, że nie kupiłam nic słodkiego. To więcej, niż pewne, że do wieczora zapragnę ciasteczek, czekolad i batonów. No ale teraz jestem w sklepie i odżywiam się zdrowo.

No powiedzmy. Na śniadanie robię sobie czarną herbatę z miodem (obalam stereotyp, że każda blogerka wypija z rana wrzątek z cytryną), całość zagryzając słodką bułką z serem. O nabiale przenajświętszy, glutenie nadobny, cukrze nie takiż znowu pospolity – dziękuję, że robicie mi dzień.

W międzyczasie włączam komputer i zaczynam pracę. Przychodzi kurier z paczką wielkości dobrego telewizora. Środek przesyłki niestety rozczarowuje. Czasem wolałabym, żeby marki zamiast przysyłać dziwne/niepotrzebne/kiczowate niespodzianki, przelewały pieniądze wydane na ich wykonanie i wysyłkę potrzebującym. Otrzymałam kolejny przedmiot, z którym niewiadomo, co zrobić, a i trzeba się teraz fatygować z tym wielkim kartonem do specjalnego śmietnika. Bez sensu.

W drodze powrotnej z przedpokoju do salonu, zerkam w lustro. Ej, to nie ja miałam być tą dziewczyną z brakiem makijażu, odrostem i kurtką po kolana, w której z godnością można wychodzić na dwór jedynie w towarzystwie psa. To nie ja miałam straszyć innych ludzi swoją niezdrową cerą, szarością i bezkształtnym ubiorem. Tak sobie obiecałam, kiedy stałam w kolejce na poczcie i obserwowałam inne kobiety. Bardzo nie chciałam być takie jak one – w przypadkowym płaszczu, brzydko związanych włosach. Nie wiedzieć kiedy, stałam się ich klonem.

Trzeba mieć w sobie naprawdę dużo samozaparcia, by spędzając większość dnia w domu, mieć ochotę na dobry wygląd. Nikt w końcu nie rozumie tak dobrze człowieka, jak miękki, ciepły dres. Listonosz zna Cię już w wersji saute, akceptując całą plejadę niedoskonałości, sąsiedzi nie należą do tych, którzy wiedzieliby, co to Vetements. Nie widzisz więc powodu, by włożyć choć odrobinę wysiłku we własny, domowy image, choć każde spotkanie z lustrem boli bardziej, niż odpryśnięty lakier trzy godziny po wizycie u kosmetyczki.

Hej dziewczyno, zrzuć z siebie mentalny dres, walnij w kąt czarne myśli, a noszenie tłustych włosów zostaw ulubionej sąsiadce – mówię w końcu do siebie. Zakładam ładny sweter, na usta przywdziewam czerwoną szminkę.

Świat naprawdę staje się ładniejszy.

  • <3 (idę zrzucić dres)

  • Gosia

    Jak dobrze,że nie mam dresów :D

  • Czerwona szminka działa cuda!

    • Masz jakąś ulubioną? Bo ja – zdaje się – ciągle szukam swojego odcienia.

      • Skusiłam się ostatnio na polecaną dla mnie nowość – debby – która poza przystępną ceną (niecałe 30) zł, oferuje piękny zapach i fajną, krwistą czerwień, ale straszliwie rozmazuje się na zębach (może jest za miękka???), co jest dla mnie wręcz traumą i dyskomfortem nie do zniesienia. :D Nigdy przenigdy nie miałam takiego problemu z jakąkolwiek szminką, a intensywnych używam bardzo często.
        Jeśli znajdziesz ideał, powiadom o tym internet!

  • No dobra, pora zrzucić z siebie piżamę ;) Ciekawe jest też to, że „taka sytuacja” inspiruje do pisania ;)

  • I to jest właśnie jeden z powodów, dla których nie przepadam za pracą z domu. Bo tak bardzo brakuje mi motywacji żeby się ogarnąć. Wieczorem planuję, żeby wstać o 7, wyszykować się i dopiero wtedy siąść do komputera, po czym gdy nadchodzi ranek, ledwo zwlekam się z łóżka o 9 i nawet nie wiem kiedy robi się 12 a ja dalej siedzę w szlafroku. Na szczęście wyrzuciłam ostatnio wszystkie obdarte tshirty i zmechacone dresy więc jak już w końcu uda mi się wyswobodzić z tego szlafroku, to przynajmniej nie wyglądam jak siedem nieszczęść:)

    • U mnie podobny scenariusz, ale i tak coraz bardziej przekonuję się do pracy z domu. Mam to szczęście, że w każdym tygodniu zdarzają mi się 2-3 spotkania, więc łączę freelancerkę w domowym biurze z regularnymi wizytami „na mieście”. Jeśli miałabym się ograniczać tylko do domu, byłoby mi dużo ciężej… ;)

  • Nie wiem jak to się dzieje, ale tłuste włosy wpływają nie tylko na mój wygląd i samoocenę, ale też zdolności intelektualne, samoorganizację, motywację i ogólny humor;)
    A jak już umyję te włosy to już do kompletu zakładam sukienke (dresową ;) ) i robi się zdecydowanie lepiej.
    Mam praktykę w jako takim dbaniu o wygląd, po paru latach spędzonych w domu z dziećmi, kiedy walczyłam nie tylko z własnym niechciejstwem ale też potomstwem i ich smarkami, brudnymi łapkami itd;)

  • Z tym chodzeniem w domu „ładną dla siebie” to zabawna sprawa, bo większości kobiet wydaje się bez sensu. Gdy siedzimy w domu same, wydaje nam się, że nie ma niczego przyjemniejszego od wylegiwania się w dresie, z koczkiem-cebulą na środku głowy, zaczesaną grzywką i w trybie no-make-up. I chociaż faktycznie jest to pewna forma wygody, to tak jak piszesz – w końcu brakuje nam tego momentu wystrojenia się. I to tak dla siebie, po prostu, normalnie. Niby wmawiamy sobie, że nie trzeba się przeglądać w oczach innych ludzi i kierować się własnym dobrem, ale gdy przychodzi co do czego i brakuje widowni, to wybieramy ten zmechacony dres i wynoszone kapcie. A przecież dla siebie też warto być ładną! Jeśli kochasz dres – ok, noś go, ale jeśli kochasz czerwoną szminkę – maluj się też dla samej siebie :) Nawet, gdy nikt więcej tego nie zobaczy.

  • Maja Wierońska

    Jak ja to dobrze znam…Zmotywowałaś mnie – dziś ubiorę nawet biustonosz! ;)

    • Joanna W-M

      Włożysz.

      • siempretodos

        Założysz.

    • Ubierzesz. Bo kto Ci zabroni!? ;)

  • Karolina Dyrla-Mularczyk

    Ja sobie ten problem ogarnęłam w ten sposób, że wskakuję w luźne sukienki z bawełny. Są wygodne jak dresy, ale wyjściowe (do sklepu i na kawę). Czasem ubieram dzinsy i koszule :P Tak mogę się światu pokazać. Malunku pilnuję zawsze, chyba, że mamy akcję „leniwa sobota”. Podczas celebracji tego wyjątkowego dnia, nie wysciubiamy nosa za drzwi, przesiadujemy w pidżamach, ja się nie maluję, gramy na ps4 i czytamy. Nic bardziej mnie nie demotywowało do pracy w domu, jak dresik i potargane włosy… Wtedy nic już kompletnie nie ogarniałam.

  • Jakie to wszystko prawdziwe! Zwłaszcza część o płaczu za słodyczami po zdrowych zakupach (mam tak co tydzień!).
    Zrzucam dziś dres i zakładam makijaż, a co!

  • Ania Polańska

    Ale wlosow nie umyłaś? ;)

  • fat_budgie
  • Dobrze, że muszę chodzić do pracy bo wskrzesza to we mnie odrobinę ( czasami nawet ciut więcej ) by ogarnąć rzeczywistość wizualną:)

  • Mam taką teorię, że jak za długo siedzi się w domu w dresie, to on przyrasta do tyłka. Lepiej go co jakiś czas ściągnąć. Tak po prostu, dla zachowania bezpieczeństwa.

  • Dziękuję za ten tekst! Zawsze przyda się przypomnienie!

  • Agu

    Daję sobie dwie godziny, zanim w domu zacznę płakać, że nie kupiłam nic słodkiego. <3 Same here.

  • Lidia

    Dears, jak chcecie mieć domowy motywator do dbania o siebie (conieco) sugeruję sprawić sobie syna. Ja jestem nieco starszą czaterką; moja pociecha ma 19 lat. Ale podobne doświadczenia mają moje przyjaciółki, posiadające milusińskich w tym samym przedziale wiekowym. Otóż pewnego dnia, gdy snułam się po domu w ukochanym dresiku, włosy w kitkę i makijaż 0, mój misio mówi: „oglądałem wasze zdjęcia z sylwestra, miałaś czarną sukienkę i szminę jak pomidor. Ale kiedyś była z ciebie łaska!” Moje drogie. Od tego czasu włosy mam zawsze umyte, chodzę w dżinsach i czymś przyzwoitym na górze, nawet nabyłam domowe klapcążki na niewielkim obcasiku. Jakoś to tak jest, że mąż, chłopak, czy narzeczony to nie do końca jest „opinia publiczna”. W końcu oni towarzyszą nam w okresach, katarach, problemach w pracy itd. Syn – to już całkiem inna bajka. W dodatku pewnie porównuje nas ze swoimi koleżankami. Zgroza!

  • Trzeba miec ladny dres i wystarczy ;)

  • Mentalne dresiarstwo uprawiam z godnością. Serio! Udało mi się (w moim osobistym, jakże jednostkowej i być-może-niepokrywającej-się-z-rzeczywistością perspektywie). Praca w domu sprzyja umenelowieniu się człowieka, udresowieniu, cerze ziemistej i lakierom odpryśniętym. A ja zaczęłam sobie wyznaczać granicę „ok/nieok”. Chodzę jak menel, bo lubię. Naprawdę sprawia mi to wielką frajdę, bo to mega uwalniające: nic nie muszę. uwierzyłam w to, że nie muszę. jak człowiek sobie zdaje z tego sprawę, to nagle okazuje się, że odpada mu milion problemów pod tytułem „czy te rajstopy pasują do tej spódnicy”. Ileż to oszczędności mózgu! Włos lubię mieć stargany – to mam. Lakieru nie lubię odpryśniętego – nie maluję. Ale oko kocham mieć malowane – maluję codziennie niezależnie od wychodzenia. Odkąd pracuję w domu mam rytuał 15-minutowy. Jest mi dobrze, bo wybrałam w tym rytuale rzeczy, które sprawiaja mi frajdę (jak kreseczka, ale niekoniecznie czesanie…. doooobra, uczeszę się wieczorem). A największy komplement usłyszałam od przyjaciela, że to niezwykłe, że umiem z domu wyjść w 15 minut (wyćwiczone codziennie), bo jego dziewczyna szykuje się minimum 1h, a potem kolejne 2h martwi się, czy szminka dobrze dobrana i czy bluzeczka nie za krótka. Wtedy uświadamiam sobie, jak dobrze pogodzić się z własnym menelem!

  • Izabela Folga

    Mental illdres.

  • Też to przerabiałam :)))

  • ScarletMorgana

    Rzuć to! Mam na myśli nowoczesny narkotyk „co ludzie powiedzą”! Nauczono nas, że szata zdobi człowieka, że jak Cię widzą, tak Cie piszą, i że prawdziwe piękno pokazuje się na plakatach i w gazetach. Piękno naturalne to fraza, o której modo-maniacy nigdy chyba nie słyszeli.Dla nich piękno naturalne to delikatny makijaż. Dla mnie – jego brak. Mało jest kobiet zgadzających się ze mną. Nikt nie rozumie, dlaczego nigdy nie chodzę do fryzjera ani do kosmetyczki (co nie znaczy, że tego nie znam. Będąc nastolatką, robiłam różne głupie rzeczy).
    Mam gdzie się ubrać i pokazać, a nie robię tego. Chodzę jak mi wygodnie, bo tak lubię. Bo „Dobry Look” nie jest wyzytówką człowieka, wcale nie!
    wdrodzedonikad.blogspot.com