13 PIĘTER

SFD80EAF620C94B4C66AA5B6153654DA9ED (1)

Według Słownika Wyrazów Obcych frajer (z niem. Freier) to człowiek naiwny, łatwo dający się oszukać. To jeszcze taka osoba, która najmuje mieszkanie. Tego ostatniego nie ma co prawda w słowniku, ale to tylko kwestia czasu, kiedy zyska nowe znaczenie i zastosowanie. Szczególnie, jeśli jego nowym domem będzie Rzeczpospolita Polska i Słownik Języka Polskiego. Bo u nas lepiej mieć długi po pas, niż dać komuś zarobić.

Jesienią przyszłego roku minie 10 lat od kiedy najmuję mieszkanie. Można by pomnożyć adekwatną liczbę miesięcy przez comiesięczny czynsz i otrzymalibyśmy kwotę, która z pewnością starczyłaby na zakup kawalerki w mało atrakcyjnej lokalizacji, w jednym z największych polskich miast.

Można, tylko po co?

Zasadniczo, im dłużej jestem po studiach, tym presja zakupu własnego lokum rośnie w siłę. Gwałtownie narasta i atakuje zewsząd – z telefonu od mamy, z gazety, z telewizji i z ust koleżanki. Bo o ile w trakcie nauki jeszcze wypada mieszkać kątem u obcych, o tyle dorosłość zobowiązuje do życia na swoim.

Kiedy mnie nie ciągnie do kredytów.

Piszę o opcji zadłużenia się w banku, bo w moim przypadku to jedyna alternatywa dla najmu. Nie to, żebym nie przymierzała się do zakupu na kredyt – w ciągu ostatnich dwóch lat poznałam wszystkich wrocławskich deweloperów oraz ich zrealizowane, a także bieżące inwestycje. Nie żebym nie meblowała w myślach właśnie co obejrzanego mieszkania (tu będzie biblioteczka, a tam pod oknem biurko. I duży stół. W kuchni koniecznie musi być duży stół!). Oglądałam mieszkania nie raz i nie dwa, przed zaśnięciem urządzałam je w skandynawskie biele i odważne rozwiązania, ale kiedy przychodziło do podjęcia ostatecznej decyzji, momentalnie trzeźwiałam. Kiedy liczyłam sobie na kalkulatorze ile przez 20 – 25 lat wyniosą mnie tylko same odsetki, odpuszczałam. Co z tego, że rata kredytu wynosiłaby tyle samo co za najem, skoro w finalnym rozrachunku oznaczałoby to, że mieszkanie kosztować mnie będzie 2 razy tyle, co jego faktyczna wartość.

Znajomi, którzy mają własne mieszkania kręcą głową z niedowierzaniem. Że to pieniądze w błoto, taki najem; spłacasz kredyt innym; lepiej płacić na swoje…” Obruszają się, kiedy pytam, czy spłacanie odsetek to właśnie nie to słynne wyrzucanie kasy w błoto. I trochę nie rozumieją, kiedy mówię, że nie wiem, co będę robić za pół roku, a co dopiero za 25 lat i najzwyczajniej w świecie przeraża mnie deklaracja wykraczająca tak daleko w przyszłość. A potem słyszę: bo ty nie masz dzieci – argument, który każdorazowo ma pokazać bezdzietnym, że tak naprawdę nie wiedzą o życiu dosłownie nic. A może nie będę miała dzieci. I co? Komu zapiszę spłacane przez całe życie mieszkanie? Psu, kotu?

Może nikomu, bo w międzyczasie potrąci mnie autobus.

Lektura najnowszej książki Filipa Springera, 13 pięter stała się dla mnie pretekstem do powyższych rozmyślań; otworzyła oczy na wiele kwestii, uświadomiła kilka istotnych spraw, a w szczególności sprawiła, że zamknęłam wszystkie okna z wyszukiwarkami mieszkań (co za oszczędność czasu!). Nie jestem z tych, co w pierwszej kolejności wyciągają ręce do państwa, bo mi się należy; z tych, którzy domagają się pomocy przy spłacie kredytu we frankach, choć kilka lat temu świadomie podejmowali ryzyko. Zasadniczo ustaliłam sobie, że skoro nie interesuję się polityką własnego kraju, to nie mam też prawa narzekać na to, co dzieje się wokół. I mocno tego się trzymam. Mogłabym się przecież pożalić, że koszt najmu mieszkania w naszym kraju nie jest proporcjonalny do zarobków (ten powinien stanowić nie więcej, niż 20% pensji, co przy średniej krajowej ok. 3 000 zł netto, daje 600 zł. Spróbujcie znaleźć za tę kwotę kawalerkę w dużym mieście); mogłabym zapłakać, że państwo nie pomaga młodym i że jak tu oszczędzać na wkład własny, kiedy ZUS taki wysoki, a i podatek dochodowy również całkiem bezlitosny). Nigdy nie usłyszycie ode mnie jednak, że nie stać mnie na zakup mieszkania za gotówkę, bo to wina Tuska. Jak i nie będziecie świadkami, gdy rozpoczynam zdanie od wyrażenia: bo w Niemczech, to….

Najmować, czy wziąć kredyt? Nie ma tu mądrych, każdy oceni ten dylemat z własnego punktu widzenia. Pomimo ogólnej niechęci do zadłużania się, widzę wiele plusów takiego rozwiązania i absolutnie nie neguję kupowania na kredyt. Chodzi mi raczej o rozprawienie się ze stereotypem najmującego – frajera, a także o wolność i świadomość wyboru: by nie kupować mieszkania tylko dlatego, że cisną rodzice, albo z wkurwienia, że zapełniamy kieszenie innym. Ani: bo tak trzeba, bo po skończeniu studiów, zamążpójściu, podpisaniu umowy o pracę i spłodzeniu dziecka, kredyt oraz własne mieszkanie to kolejny krok ku szczęśliwości.

Nie dajcie sobie wmówić, że kredyt to synonim dorosłości i ustatkowania, bo jak śpiewała Kaśka Nosowska, dorosłość to przede wszystkim początek umierania.

______

Źródło zdjęcia: stadshem.se

  • Barbara

    Pięknie trafione w sedno! Dziękuję.

  • Zgadzam się z tobą w zupełności! W prawdzie jestem dopiero na początku tej drogi, bo w tym roku zaczynamy z chłopakiem studia w dużym mieście i już znaleźliśmy kawalerkę, którą będziemy wynajmować. Też nie chciałabym kiedyś kupować mieszkania za kredyt, bo nie dość, że zapłacę za nie dwukrotnie więcej to będę związana z tą decyzją na ćwierćwiecze.

    Pozdrawiam,
    http://www.VANILLAMADNESS.com

  • bazyllia

    mądra dziewczynka :) :*

  • W.

    A dla mnie najem to była szkoła życia w pozytywnym tego słowa znaczeniu, szkolenie z sztuki kompromisu, dyskusji, tolerancji, zarządzania zasobami ludzkimi i przestrzenią, pole do wymiany doświadczeń i umiejętności. Zaraz po domu rodzinnym drugie miejsce, z którego wyniosłam bardzo wiele i ukształtowało mnie w okresie największych buntów. Jak nie zmiana mieszkania, to zmiana współlokatorów i teraz – po 10 latach takiej tułaczki nie wyobrażam sobie ile straciłabym mieszkając na swoim i troszcząc się o spłatę kredytu, a nie korzystając z formy oszczędności jaką daje wspólny najem lokum.
    Lepiej nie ujęłabym w słowa tego co napisałaś, genialny tekst Venilo!

  • Joanna Krzak

    A ja nie wiem czy się zgodzę z Tobą czy nie, hmmm sama nie wiem….bo my kupiliśmy mieszkanie gdy dzieci nam się pojawiały…..i prze trójce wynajmowanie mieszkania to totalny bezsens, bo wynajmując czynsz za mieszkanie , w którym byśmy się mieścili znacznie by przewyższał ratę naszego kredytu. Nawet się nie obejrzeliśmy a już prawie 10 lat kredytu za nami. Ale powiem szczerze, że jakby nie było dzieci, to raczej bym nie pędziła do banku po kredyt. Myślę, że wtedy uzbieralibyśmy na mieszkanie i kupilibyśmy je za gotówkę. Ale jedno wiem na pewno, jedyna forma kredytu jaką jestem gotowa wziąć na siebie to kredyt za dom. Na inne przyjemności i rzeczy po prostu oszczędzamy. Czy to auto czy inne komputery. Bo kredyt to wcale nie dorosłość. Kredyt to jedna z możliwości. Dorosłość to o wiele, wiele więcej. No i wynajem ma jeden duży plus….nie jesteś tak bardzo przywiązana do miejsca.

  • Zgadzam się w 100%. Zwłaszcza z tym zdaniem o autobusie, chociaż ja zawsze mówię o ciężarówce.

  • Joanna Goralczyk

    Fajna jestes.

  • Sylwia Lenart

    o bardzo mi się podoba co napisałaś i pozdrawiam. ja – matka dwójki dzieci wynajmująca dla nas wielkie mieszkanie z kominkiem i ogródkiem. taka potrzeba chwili. a kiedyś wynajmę dla siebie całkiem małą dziuplę. albo wyjadę. lub polecę na księżyc :) kto wie.

  • vix

    Ven, oprócz SWO zacytuj też SJP i kodeks cywilny, bo popełniasz błąd rzeczowy, mylą najem z wynajmem. Najem – ty od kogoś, wynajem – ty komuś. W tym momencie cały twój hejt na wynajem jest niespójny z argumentacja

    • Cholera, zawsze to mylę. Dziękuję za zwrócenie uwagi, już poprawiam.

  • To prawda, że presja własnego mieszkania rośnie wraz z wiekiem. Do tego jest tak zinternalizowana, że nawet jak nikt nas nie ciśnie – rodzina, przyjaciele – to ciśniemy się sami. Przeżywam to ostatnio bardzo, zwłaszcza, że wizytuję te wszystkie mieszkania i domy znajomych. A ja nie mam nawet zdolności kredytowej. Nie wiem też, gdzie będę mieszkać. Na razie jestem tutaj, ale nie czuję się do tego tutaj bardzo przywiązana. I może dlatego temat własnego kąta tak mnie ciśnie, bo oznacza dla mnie bezpieczeństwo znajomej przyszłości. Ci co mają swoje mieszkania, wiedzą mniej więcej, gdzie będą za te 10 lat. Najprawdopodobniej w tym mieście, we własnym mieszkaniu. Ja nie wiem. I tylko to tak naprawdę mnie przygnębia. Poza tym mam wrażenie, że presja posiadania własnego mieszkania jest jakoś wyjątkowo silna właśnie u nas. W USA ludzie potrafią całe życie przeżyć w wynajętych domach i chyba nie ma jakiejś tragedii. U nas jest się frajerem lub co gorsza nieudacznikiem… Frajerem faktycznie można być, zwłaszcza jak się czasem zerknie na Chujowe mieszkania do wynajęcia, które jednak ktoś wynajmie czy samemu próbuje się znaleźć coś w przystępnej cenie… Śmiałam się bardzo długo, aż zorientowałam się, że – cholera – muszę gdzieś zamieszkać, a wszystko to jest drogie i wygląda jakby umarło tam 5 staruszek i ich 80 kotów… Albo jakiś alfons Janusz.

  • Długo zwlekałam z kredytem, bo jestem młoda, świat otworem, nie wiadomo, gdzie wyjedziemy za super ekstra pracą. W końcu mam i ja (+mąż) i największym plusem jest to, że czuję się pewnie, bo już zawsze mam gdzie mieszkać. Nikt mnie więcej nie wyrzuci z dnia na dzień na bruk, nie muszę się przeprowadzać po raz enty. No i za cenę wynajmowanej kawalerki mam wielkie 3-pokojowe mieszkanie. Nawet jak wyjadę do innego miasta, innego państwa mieszkanie mogę wynająć i stratna na tym nie będę (tu akurat mam atut dobrej lokalizacji). Nie czuję w ogóle, że zapuszczam korzenie. Raczej, że mam coś, co zawsze mogę już sprzedać/wynająć. Odsetki też mnie przerażały. To praktycznie drugie mieszkanie. Mimo, że kredyt mamy jeszcze na 24 lata, to zamierzamy spłacić to przez kilka najbliższych. Grunt to odpowiednie podejście do zakupu mieszkania, oszacowanie swoich zdolności finansowych i nie wmówienie sobie, że to już na zawsze. Tyle wywodu ode mnie. Fajnie się czyta Twoje przemyślenia :) Pozdrawiam!

    • A ja dziękuję za Twój rzeczowy punkt widzenia :)

  • Lucyna

    A my z mężem planujemy właśnie zakup mieszkania – w ciągu paru miesięcy. I patrzymy na to nie jak na zapuszczanie korzeni (nasz plan trzyletni zakłada przeprowadzkę w 2018 do innego kraju), a jako inwestycję – tu, gdzie mieszkamy ceny mieszkań stale rosną. Za trzy lata zamierzamy sprzedać i zainwestować. Po prostu inny punkt widzenia.

  • Venila, czasem z kalkulacji wynika, że własna chata się opłaca. My kupiliśmy mieszkanie zaraz po studiach (choć to właśnie w takim oślim pędzie było studia-praca-mieszkanie itp.), pomieszkaliśmy 2 lata, nie zdążyliśmy zapuścić korzeni, bośmy wyjechali za ocean. Teraz to my jesteśmy tymi, którym najmujący kredyt spłaca. Wracamy za 3 lata – i mamy dokąd! To jest bardzo przyjemna perspektywa. Jak tęsknisz za domem, to sobie z sentymentem wizualizujesz te 4 ściany na których samodzielnie kładłaś farbę i masz poczucie, że gdzieś tam na świecie masz swoją kotwicę. To bardzo podnosi na duchu w chwilach tęsknoty.
    Ale to oczywiście tylko moje wywody. Nie sugeruję, że należy wyemigrować, żeby ‚dojrzeć’ do posiadania własnego M. Ta potrzeba powinna rodzić się w człowieku sama a nie pojawiać się w wyniku przymusu.

  • m@rian

    najbardziej opłaca się kupić mieszkanie – na wynajem :)

  • KRK

    Gdy słucham ludzi opowiadających o tym, jak to biorą kredyt na 30 lat, bz problemu go spłacają (często nawet dużo szybciej), przy tym dają radę wychowywać dzieciaki, jeżdżą na urlopy, mają w miarę nowy samochód i jeszcze jakieś hobby ciut droższe niż bieganie, to pojawia mi się w głowie pytanie: Czy są tymi szczęśliwymi zarabiającymi n-tą wielokrotność średniej krajowej, czy raczej rodzice im pomagają… W tym pierwszym przypadku warto byłoby uczciwie napisać: Tak, zarabiamy niezłą kasę i dlatego tak możemy, a w tym drugim, równie uczciwie przyznać się, że tak naprawdę nadal jest się na garnuszku u rodziców (co samo w sobie nie musi być złe, chyba, że się obłudnie udaje „samodzielnych”).
    Pracuję w dużej firmie i obserwuję realia: jednym rodzice pomagają spłacac kredyt, inni muszą do „swojego” mieszkania szukać współlokatorów, żeby uciągnąć koszty życia, jeszcze inni spłacają kredyt sami, nikt im nie pomaga ale życie prowadzą bardzo skromne i w perspektywie tych 30 lat wakacje polegają raczej na powrocie do rodzimego miasta lub przejściu z jednego jeszcze niewyposażonego pokoju do drugiego. Ci, którym pensja pozwala na spłacanie kredytu i normalne zycie to naprawdę znaczna mniejszość.
    Co do najmu, problem polega na kiepskim rynku. Jest sporo krajów w których wieloletnie kontrakty z normalnymi cenami są standardem – my jeszcze do tego nie dorośliśmy i możemy już takiej sytuacji nie doczekać.
    Sensowne argumenty za i przeciw są po obu stronach i trafny wybór bardzo zależy od sytuacji osobistej i planów na przyszłość. To czego nie cierpię, to fałszowanie rzeczywistości i ukrywanie pewnych faktów podczas zachwalania kredytów czy najmu. Przez to ludzie mniej obeznani i zaradni, podejmują często tragiczne dla ich przyszłości decyzje.
    Mnie osobiście nie przekona do kredytu na 30 lat doradca, twierdzący, że w Polsce takie zobowiązania spłaca się średnio w 10 – 15 lat. Trochę zbyt krótką mamy na to historię kredytów konsumenckich, żeby traktować to jako miarodajną próbkę.
    Spłacającym niemniej jednak życzę stabilnej sytuacji, a „frankowiczom”, przyjęcia na klte odpowiedzialności za swoje – podobno dorosłe – decyzje. Tłumaczenie się, że „bank mnie nie uprzedził, że istnieje ryzyko” jest trochę infantylne. Ja nie biorę kredytu, bo realnie wyceniam ryzyko. Jesli ktoś tego nie potrafił – cóż, życie. Dlaczego z moich pieniędzy mam dopłacać do tych, którzy zachowują się nieodpowiedzialnie. Równie dobrze mogliby sie starać o pomoc ci, którzy przegrali w kasynie ;)

    • Matylda

      Kompletnie nie rozumiem. Nie zgadzam się.
      Mam 28 lat i jeszcze 28 lat kredytu przed sobą.
      Rodzice mi nie pomagają (pomijam domowe obiady, to nie brak kasy tylko brak umiejętności), nie żyję bardzo skromnie, ale też nie zarabiam więcej niż wynosi średnia krajowa. Umiem wydawać pieniądze. Umiem tak, że wystarcza mi na ratę, czynsz i opłaty, na jedzenie, książki i wakacje. Mogę kupić sobie rower i stać mnie na lodówkę, gdyby stara się popsuła. I stać mnie na opłacanie zaocznych studiów, bo sobie zaszalałam i poszłam na studia po studiach. Gdybyśmy pracowali razem – na bank zostałabym uznana za tę, która dostaje kasę od rodziców. A ja po prostu, jak to się mawia „umiem się rządzić”.
      Inna rzecz jest taka, że drugi raz kredytu bym nie wzięła. Czuję się uwiązana i przywiązana, czuję ciężar.

  • Jeszcze przede mną ta książka. Chcę ją przeczytać, szczególnie po wysłuchaniu audycji w Trójce z Filipem Springerem. Polecam zainteresowanym tematem tę rozmowę: http://www.polskieradio.pl/9/396/Artykul/1487785,Filip-Springer-o-tym-co-tak-naprawde-znaczy-mieszkac-na-swoim :)

    • Właśnie po tej rozmowie zdecydowałam się na zakup :)

  • Usagi Murasaki

    Każdy ma prawo wybrać takie rozwiązanie, jakie jest dla niego najlepsze. Chęć usamodzielnienia się kontra brak stosu banknotów na własne mieszkanie. Słyszałam to psioczenie na marnowanie pieniędzy, lepiej do połowy życia odkładać do skarbonki i… żyć marzeniem. Osobiście w kredyt bym się nie wpakowała bo nawet nikt by mi go nie dał, żyję tymczasowo i nie narzekam;p Przynajmniej nie jestem przywiązana do miejsca ani nie mam dużych $ zobowiązań.

  • Aneta Neumann

    A mi stuknelo 5 lat odkad najmuje mieszkanie. Mialam swojego czasu parcie na kupno wlasnego m. Bo inni maja a ja nie, bo 30 na karku, bo po co komus placic skoro mozna wlasny kredyt splacac. Otrzezwialam jak uslyszalam ile wyniosy by mnie odsetki i na ile lat bym dostala kredyt! Nie mam zamiaru, tak jak moja kolezanka splacic ostatnia rate za 40 lata! Bedac ponad 70 letnia babcia o siwych wlosach! Preferuje sobie odkladac pieniadze na wymarzone M! Nawet jakby mi to mialo zajac nastepne 10 lat! A poki co zyje dniem dzisiejszym i nie mysle gdzie bede mieszkala za x lat. A kto wie moze z Londynu wywieje mnie do Singapuru!? I co? Tam tez wynajme ;)

  • Ja się teraz cieszę, bo nie mam takich dylematów – mieszkam w wielkim mieszkaniu komunalnym, za które płacimy tak naprawdę grosze (w porównaniu do tego, ile za mieszkanie tej wielkości byśmy zapłacili najmując je od osoby prywatne). Chętnie bym odłożyła hajs i je wykupiła, ale w naszym budynku to nierealne, niestety (nie ma księgi wieczystej, a żeby ją założyć 70% mieszkańców musi zadeklarować wolę wykupienia mieszkań), więc planujemy sobie po prostu kupić grunt i zbudować prosty dom z … kontenerów budowlanych. Dla mnie to jest super opcja, bo można mieć piękny dom po taniości i nie trzeba brać kredytu, jeśli się kilka lat poodkłada hajs.

    • Jakiś czas temu interesowałam się kontenerami morskimi i budową domu, więc absolutnie podzielam Twój entuzjazm w tym temacie :)

  • Decyzja zakupu/wynajem mieszkania jeszcze przede mną, bo finiszuję na studiach i jesienią chciałbym zamieszkać w Warszawie, ale mam dokładnie takie same wnioski, jak Ty. Panicznie boję się kredytu i tak, jak nie mam zamiaru wiązać się z operatorem sieci komórkowej na więcej, niż 18 miesięcy, tak samo wizja 20-letniego kredytu mnie przeraża. Poza tym – codziennie jestem świadkiem rodzinnych wojenek o mieszkanie, które czyiś rodzice zapisali jednemu z synów, drugiego zostawiając bez wzmianki w testamencie. Pierwszy zadowolony, drugi obrażony na cały świat.

    Dlatego chcąc uniknąć takiej sytuacji, z uśmiechem na twarzy chciałbym móc umierać z myślą, że NIKOMU nic nie zostawiam, bo całe życie wynajmowałem :) Będąc takim pieprzonym egoistą bez serca miałbym jednak czyste sumienie – żadne własnościowe majątki nie rozwalą od środka moich bliskich ani nie przyniosą im problemów. Kredyt? Podziękuję :)

  • Fajny wpis, sama mam takie dylematy – kredyt czy najem. Może przeczytanie 13 pięter mi pomoże, dzięki za polecenie. A odnośnie wymarzonego mieszkania – chyba najbardziej wzdycham do tych pięknych, ogromnych, jasnych kuchni z widokiem na ogród…

  • Chris Witko

    Zgadzam się z Tobą. Ludzi w Polsce nie stać na własne mieszkanie. Relacja zarobków do rat realnie nie pozwala na branie kredytów. Poza tym, ludzie przy kredytach nie myślą co będzie za kilka lat. Nie żyjemy w czasach komuny, czasach naszych rodziców, gdzie każdy pracował, lub „pracował”, pensję dostawał i przydział na mieszkanie.

    Ja w Warszawie wynajmowałem mieszkanie, jedno przez ponad 7 lat i drugie przez ponad 3 lata. Taki układ, gdy fizycznie nie masz gotówki na kupno, jest bardzo wygodny. Nie ogranicza Cię i daje Ci możliwość do podejmowania odważniejszych decyzji w swoim życiu.

    Posiadanie kredytu w mojej opinii blokuje ludzi i ustawia ich w pozycji pasywnej. Przestajemy się rozwijać, ryzykować, wszystko podporządkowujemy „ale ja muszę zapłacić kolejną ratę kredytu”.

    Myślę, że większość ludzi umoczonych w kredyt hipoteczny nie podjęło by tej decyzji drugi raz, ale o niepowodzeniach, czy błędnie podjętych decyzjach nie jesteśmy nauczeni mówić otwarcie.

    Dzisiaj najlepszą drogą dla mojego pokolenia i młodych ludzi jest korzystanie z życia, a nie czekanie, że w PL się to życie zrealizuje. Dzisiaj, można czerpać z tego tj. wyższe pensje, codzienna uprzejmość, życzliwość urzędników, infrastruktura itp. mieszkając na przysłowiowym „zachodzie”.

    Na koniec, jeszcze jedna obserwacja z rynku mieszkaniowego. Nie traktowałbym posiadania mieszkania w PL jako inwestycji. PL czekają jeszcze trudne, problemy z płaceniem rent i emerytur, a to przecież już za kilka lat, jak skończą się fundusze europejskie i jak to wszystko się zawali. W tedy nie będzie ludzi, których będzie stać na „spłacanie” komuś kredytu, tylko po prostu będzie się do tego interesu dokładać.

  • Podpisuję się każdą kończyną, pisząc z wynajmowanego mieszkania, za które płacimy kwotę wystarczającą na spłatę raty, nawet we frankach. Kupię sobie mieszkanie, jak mnie będzie stać na zapłacenie gotówką ;)

  • Dorzucę swoje 3 grosze – jak ten frajer co się składa na czyjś kredyt!!11!!!1

    3 lata temu przeprowadziłam się do Łodzi – w mediach kreowanej na równego konkurenta dla brazylijskich faweli, a przeze mnie ocenianej jako miasto z rewelacyjnymi perspektywami rozwoju, cudowną architekturą, świetnymi restauracjami, rozwiniętą służbą zdrowia i szkolnictwem wyższym. Ma wszystko, co duże, wygodne miasto mieć powinno.

    Przez dwa lata wynajmowałam mieszkanie. Każdorazowo było to 27 metrów kwadratowych podłogi w kamienicy. Od roku mieszkam we własnym (tzn. banku) mieszkaniu, o całe 10 metrów kwadratowych większym, w centrum, doskonale położonym i skomunikowanym. Koszty utrzymania mieszkania są niższe, niż w przypadku wynajmowanych kawalerek. Planowaliśmy kredyt na 10 lat, ale biorąc pod uwagę wszystkie „a jeśli”, wzięliśmy na 15. No, ale trzeba przyznać, że w Łodzi metr mamy za 3000, a nie za wrocławskie 6000.

    Nie wmawiam sobie, że poczyniłam życiową inwestycję i teraz nic tylko czekać, aż zostanę rentierem. Nie. Kupiłam (czy raczej co miesiąc się na to składam) komfort posiadania szerszych możliwości – od zawieszenia obrazka na ścianie, po wyburzenie tejże. No i mogłam pierdolnąć sobie blogerskie, białe ściany.

    Czy ta decyzja znaczy, że mam jasną ścieżkę przyszłości? A w życiu. Tak samo dobrze wyobrażam sobie siebie za 5 lat w Łodzi, rodzinnej wiosce, Sydney czy Wrocławiu. Może wydarzyć się po drodze milion rzeczy (z urodzeniem pięcioraczków włącznie), które sprawią, że mieszkanie przestanie spełniać moje aktualne oczekiwania i zaspokajać potrzeby.

    I w ogóle mnie to nie boli. Do decyzji o zakupie podeszliśmy bardzo świadomie, wytypowaliśmy oczekiwania:

    *mieszkanie dla pary i równie dobrze jednej osoby – na tyle małe, żeby nie kosztowało kroci i na tyle duże, żeby wygodnie żyło się w nim dwójce osób. Warunek konieczny: sypialnia (możliwość wydzielenia sypialni) i obecność piwnicy (po dwóch latach wynajmu mieliśmy po dziurki w nosie upychania wszystkiego w szafach)

    *mieszkanie w nowym/generlanie odnowionym budynku

    *prywatny parking

    *blisko (około 1 km) do ulicy Piotrkowskiej i Manufaktury, okolica uczelni była dodatkowym atutem

    *doskonale skomunikowane (tramwaje, autobusy, dojazd w każdy zakątek miasta, dogodne połączenie z dworcem i lotniskiem było dodatkowym atutem)

    *nie mogło być to mieszkanie „po kimś” – zbyt dużo przy tym pracy i ukrytych kosztów, z których moglibyśmy zdać sobie sprawę już w trakcie remontu (pewnie podchodzilibyśmy do tego inaczej, gdyby tata złota rączka był na miejscu)

    Tak sprecyzowane kryteria (żadnego nie odpuściliśmy w trakcie podejmowania decyzji o zakupie i szukaliśmy tak długo, aż znaleźliśmy mieszkanie z powyższego opisu) są dla mnie zabezpieczeniem – nigdy nie będzie problemu z wynajęciem takiego mieszkania. Tym bardziej, że oprócz powyższych punktów mamy jeszcze 3 minuty do Uniwersytetu Medycznego. Na piechotę.

    Nie piszę tego komentarza by udowodnić „moja racja jest najmojsza” – przedstawiam inny punkt widzenia, u nas takie rozwiązanie bardzo się sprawdziło. W roli porady dla osób stojących przed podjęciem decyzji o kotynuacji najmu/zakupie mogę jeszcze dodać, by emocje odłożyć na bok.

    Wynajmując mieszkanie nie jesteś frajerem, a kupując swoje na kredyt nie jesteś przedsiębiorcą i inwestorem.

  • ja żałuję zaciągniętego kredytu niestety. Cała rodzina nam powtarza – ale przynajmniej macie własne. No i co z tego??? Nic, zupełnie nic. Dzieci nie mam, nie zapiszę mieszkania przecież kościołowi.

  • palitek

    Jako bezdzietna, bez planów na zmiany; wynajmuję. Wolę wynajmować, niż z chłopakiem wziąć kredyt i nigdy nigdzie nie pojechać, bo nie będzie przecież za co. Bo będziemy mieć tą swoją skarbonkę zwaną mieszkaniem. Będziemy latami tyrać, by je spłacić i komuś dać owoc naszego nieżycia.. Nie widzę sensu, wolę żyć :) Nawet jeżeli wzięlibyśmy teraz kredyt i próbowali go jak najszybciej spłacić, upłynie kilka lat. Gdy będziemy już „wolni” możemy być też starsi i zmęczeni i nie mieć wcale ochoty już podróżować i się bawić…

  • adiszo

    a zacznę od: a w Niemczech … większość wynajmuje i nikt o nikim nie mówi że jest frajerem. Tam mało kto kupuje nieruchomości a jak już to z pompą – DOM! Niemcy mają mieszkania adekwatne do swoich potrzeb – pojawi się kolejne dziecko – bam zmieniają na większe; zatrudnia się w firmie po drugiej stronie miasta – bam, przeprowadzają się bliżej pracy; wkurwiający sąsiad – bam, przeprowadzają się gdzieś indziej!
    Ja również unikam kredytów i pozyczek jak mogę i jestem szczęśliwa.

  • Mimi

    Przez 2 lata mieszkałam w swoim, kupionym za gotówkę, mieszkaniu. Prawda, jest to naprawdę fajne uczucie, świadomość, że nikt Cię nie może wyrzucić, że możesz urządzić je jak Ci się podoba, wbić gwoździe w ścianę gdzie Ci się podoba…itp. Wcześniej, przez 7 lat pobytu za granicą, przeprowadzałam się około 13 razy do wynajmowanych mieszkań. Nie wyobrażam sobie natomiast, że miałabym kiedykolwiek wziąć kredyt – finansowe, życiowe uwiązanie do pieniądza. Życie pokazało mi jak szybko można wszystko stracić, jak nieoczekiwane zwroty akcji sprawiają, że człowiek zmienia perspektywę i myślenie. Moje małżeństwo nie przetrwało, mieszkanie już nie jest moje. Znowu się przeprowadzam, znowu będę wynajmować…Takie życie ;)

  • Oj, jak doskonale to rozumiem! Jestem mężatką z ośmioletnim stażem, w drodze dziecko i 34 lata na karku, ale własnego mieszkania wciąż brak. Kredytu nie zamierzamy brać, bo też to sobie przekalkulowaliśmy i stwierdziliśmy, że nam się nie opłaca. I oczywiście spotkaliśmy się z podobnymi argumentami otoczenia jak wspomnianymi w poście. Mam wrażenie, że rodzina patrzy na nas jak na nieodpowiedzialnych nieudaczników…ale w sumie wolę to, niż być niewolnikiem banku. Czuję większą niezależność, mam większe pole manewru, no i wychodzę z założenia, że dom tworzą ludzie, a nie cztery ściany.

  • Iwona

    bez pomocy rodziców zakup własnego mieszkania bez kredytu raczej niemożliwy.

  • Ela Chwirot

    Kupilam sobie wielkie trzydziescipare metrow majac dwadziescia kilka lat. Kredyt na 25 a jakze. Mialam wowczas dobra prace, zamazpojscie w planach. Nie chcialam wynajmowac. Przejechalam sie na wynajmach studenckich. Chcialam takie swoje. Znajomi smiali sie, ze kupuje cos tak malego. Czwarte pietro bez windy. Ale to cos malego wystarczalo na moje owczesne potrzeby, jest w centrum mojego miasteczka, poczta, pkp, banki z okna widac, park tez i plac zabaw i przedszkole jakby cos i sklepy, luz. Kredyt wyszukalam z mozliwoscia wczesniejszej splaty. Takze w porywach lepszego tego czy tamtego sie wplacalo po dwie raty. Potem bylo wielkie bum, niemaz poszedl w niepamiec, mialam chwile zwatpienia czy dam rade. Dalam. Teraz mieszkanie nie obciazone juz kredytem stoi sobie wynajete i daje mi niewielki ale staly dochod oraz swiadomosc, ze jesli go w ferworze jakiegos szalonego napadu na jakies zmiany nie sprzedam moje dziecko nie bedzie musialo zaczynac od zera, zamieszka, albo sprzeda i zaplaci za studia, albo co innego. Cos bedzie mialo, albo i ja, jakby sie cos inaczej niz planuje potoczylo. Zawsze to swoj kat. Dobrze taki miec, taka swiadomosc, ze ma sie dokad pojsc chocby nie wiem co sie dzialo. Jednak doskonale Cie rozumiem. Od kilku lat mieszkam za granica. Od dwoch na swoim, wczesniej na wynajmach. Mozna. Tu sporo ludzi tak po prostu zyje. Niekwestionowany plus mieszkania w „n” wynajetych mieszkaniach to wyrobienie sobie opinii czego w swoim chcemy, czego nie. Jakie rozwiazania choc z pozoru fajne w zyciu nie zdaja egzaminu, co sie psuje, co zuzywa wiecej itp. Takie prozaiczne moze rozterki, ale to problemy dnia codziennego. Jak kupimy i zainstalujemy cos na swoim nie majac o tym wczesniej pojecia to potem trzeba to jakos przelknac albo wymienic, a wynajmujac mozna sobie sporo takich niepotrzebnych rzeczy oszczedzic. O jakie super suwane wielkie okna mowilam kiedys, podobaly mi sie aluminiowe. Przeszlo mi, jak pomieszkalam. O ja to nie chce gazu, niech bedzie wplyta i woda tez, zadnych junkersow i innych dziadow, przeszlo jak pomieszkalam. Dlugo by wymieniac. Kazda z opcji ma swoje plusy i minusy. Grunt to brac sie do tego z glowa, na miare wlasnych mozliwosci. Moglabym pisac i pisac. Oczywiscie ja nie ma dwoch zdan, mialam duzo szczescia, kupilam mieszkanie na 2 miesiace przed boomem cenowym, podwoilo swoja wartosc, jak jeszcze nie zdazylam go umeblowac, takze zawsze bede na nim do przodu :)

  • Pola Felde

    Przychodzi mi na myśl bardzo ważny czynnik sprawczy w tej kwestii. Kupujemy lub wynajmujemy zwykle „we dwoje”.
    Najwyraźniej „na zawsze” w ślubnej przysiędze brzmi niejasno i idealistycznie, podczas gdy „kredyt hipoteczny na trzydzieści lat” jest zaskakująco konkretny. To wygląda na zobowiązanie – zobowiązanie z rodzaju tych, których nie należy podejmować jeśli ktoś nie chcę dać sobie uciąć ręki za powodzenie umowy związkowej lub kredytowej. Z mieszkania wynajmowanego zabierasz swoje rzeczy i wychodzisz – au revoir! Nie ma nic dziwnego w fakcie, że zaciągają się małżonkowie/rodzice/stalipartnerzyzdziećmi etc. Mają zobowiązania, podłoże mentalne i finansowe żeby stwierdzić, że skoro powiedzieli „A” mogą powiedzieć „B”. Stwierdzam to tylko na podstawie obserwacji znajomych i rodziny bo sama mam przyjemność być żoną w domu wolnym od hipoteki. Dorastamy do stałych związków na całe życie,perspektywy rodzicielstwa na przynajmniej 18 lat… więc czemu mamy nie dać rady z kredytem na 30. Jako mawiał klasyk: Dorosłem do trumny – nie dojrzałem do pogrzebu.

  • Zaintrygowała mnie Twoja niechęć do własnego M, gdyż właśnie przymierzamy się z mężem do zamiany wynajmowanego na spłacane. Ale gdy przeczytałam, że decyzję oparłaś na obliczeniach – spoko. Skoro bardziej Ci się opłaca, to sobie wynajmuj :)

    Pobieżnie przejrzałam inne komentarze i zdziwiło mnie, że nikt nie zwrócił uwagi na pewien fakt. Mieszkanie na kredyt to nie więzienie. Można się z niego wyprowadzić, można je sprzedać, a gotówką ze sprzedaży kredyt spłacić. Można przenieść się do innego miasta, a to własne wynająć. Nie trzeba w nim mieszkać do końca życia. Ja też nie wiem, co będę robić za 25 lat. Prawdopodobnie będę mieszkać w mieszkaniu innym, niż to, które kupię za kredyt :)

    A presja społeczeństwa generalnie to zuooo. Niechaj sobie każdy mieszka, jak chce, wynajmuje lub nie, ma dzieci lub nie, bierze ślub lub na kocią łapę żyje – naprawdę wszyscy muszą komentować życie wszystkich? A może by tak zająć się własnymi sprawami? :)

    • ymra

      Koniecznie muszę skomentować Twój post :) Kiedy poznałam mojego partnera ( który ma mieszkanie na kredyt i go spłaca ) i zaproponował mi wspólne mieszkanie, miałam ogromne opory, bo to jego kredyt, jego 80metrów, ja taka goła bez niczego w to wchodzę i jak to finansowo-życiowo ogarnąć, przecież może za 3 lata ja będę chciała żyć w Paryżu. Wtedy usłyszałam od niego Twoje słowa, że mieszkanie na kredyt to nie więzenie, można je w każdej chwili sprzedać, przenieść się itd. Uspokoiło mnie to. Ale…. kiedy po 3 latach zaproponowałam, żeby się przeprowadzić, bo nie lubię tam konkretnie (to miasto) mieszkać, bo ciężki dojazd, bo może coś nowego, dowiedziałam się, że uwaga, przecież dopiero co wyremontowaliśmy łazienkę! Tyle pieniędzy włożone w ściany, jak to zostawić! Tyle sprzętów nie do ruszenia kupionych! Nie ma mowy! Nie masz pojęcia, jaka poczułam się oszukana. Tak tylko się żalę :)

      • A to brzydal :) Fakt, że do własnego mieszkania człowiek się bardziej przywiązuje i włożony w nie ładunek emocjonalny utrudnia „rozstanie”. Podejrzewam, że tu chodziło o coś więcej – może Twój partner bardzo lubi to mieszkanie, w przeciwieństwie do Ciebie, a chciał mieć mocniejszy argument, niż „lubię tu być”? Może uznał Twoje argumenty za silniejsze od jego „lubię” i wydawało mu się, że jak wyjedzie ze sprzętami i ścianami, to pokona Twoje praktyczne uwagi co do dojazdu?

        Decyzja o kupnie lub wynajmie musi też pasować do temperamentu i charakteru. Kto lubi mieć swój dom, swoje miejsce na Ziemi, swoje wypieszczone cztery kąty, nowy piekarnik i kafelki, ten będzie się czuł lepiej w spłacanym. A jeśli komuś kafelki, piekarnik i lodówka w zabudowie zwisa, za to ważniejsze jest co innego (zmiana, rozwój, poznawanie świata), będzie wolał wynajmowane.

  • Miałam chrapkę na ten temat, w sensie przymierzałam się żeby także napisać o tym. A czemu? Bo od 9 lat utrzymuję się sama, wynajmuję mieszkania (było ich sporo), jeżdżę po świecie i gdybym faktycznie miała przeliczyć to wszystko to może starczyłoby mi na coś swojego. Jednak myślę takimi samymi kategoriami jak Ty. Nic nie mam do ludzi, którzy biorą kredyty, bo to ich decyzja i to szanuję. Tylko śmieszy mnie, kiedy nazywają swoim domem, miejsce które tak naprawdę należy do banku do momentu spłacenia należności. A ja nie potrafię usiedzieć w miejscu i podoba mi się to, że mogę sobie wynajmować ładne mieszkanie w bardzo ładnym mieście i że jeśli zajdzie taka potrzeba to przeniosę się gdzieś indziej. I to nie jest tak, że nie chciałabym stworzyć miejsca, które dumnie nazwałabym domem. Tylko, że wolę na nie uzbierać, bo tak już mam że nie pożyczam pieniędzy, także jakikolwiek kredyt chyba nie dałby mi spać po nocach :)

  • Należę do tego grona szczęśliwców, którzy jeszcze w trakcie studiów osiedli na swoim, cudem bez kredytu (a tym cudem rodzice). I własne mieszkanie jest spełnieniem marzeń. Wybór każdej płytki, każdego mebla, każdej lampki i poduszki na krzesło przeradza się w decyzję Absolutnie Ważną. To pierwsze miejsce, w którym nie akceptujesz żadnych kompromisów, bo to Ty w nim rządzisz. I jeśli goście nie mają prawa chodzić bez muzealnych kapci, bo kochasz swoje podłogi, to do garniturowych spodni i krótkich spódniczek będą nosić muzealne kapcie. Bo tak.
    Ale nie mogąc mieć mieszkania bez kredytu do teraz też bym wynajmowała. Kredyt to straszna smycz, na której coś cię trzyma. Poza tym w każdej chwili może powinąć się noga, czynsz z kawalerki można zniwelować zamieniając ją na pokój, a koszt kredytu nie drgnie…

  • Wiszę gdzieś na krawędzi pomiędzy brakiem zdolności kredytowej a niechęcią do zbierania cudzych włosów z podłogi w łazience. Na pewno
    jest tak, że wszystkich nachodzi kiedyś moment, że obłędnie pragną własnego miejsca do mieszkania… Dla mnie to „własne” nie jest związane z dowodem zakupu, raczej z przestrzenią niedzieloną z innymi, w gruncie rzeczy obcymi ludźmi (bo takimi są, nawet zaprzyjaźnione, współlokatorki). Nie wątpię, że inaczej to wygląda, kiedy dzielisz mieszkanie z kimś naprawdę bliskim, jak partner. Mogę najmować, okej. Niestety w Krakowie, po dwóch latach pracy na pełnym etacie (w branży nowych mediów, he he), moja wypłata ledwie pokryje połowę wynajmu najbardziej zapyziałej i brzydkiej kawalerki na peryferiach, jeśli założyć, że oprócz czynszu chcę jeść. Mogłabym opłacić całość, gdybym oduczyła się jeść. Albo świat zwariował, albo moja praca jest jeszcze gorsza, niż mi się wydaje.

  • Kasia

    Lepiej nie mieć nic niż być coś komuś winnym. Swoje nic zawsze można spakować w plecak i sobie pójść, zamiast siedzieć całe życie w ,,swoim-nieswoim” mieszkaniu.
    Ściskam.
    http://suitcasefullofnothing.blogspot.com/